loading
Szukaj na stronach GTM
Strona główna Powrót

Recenzje - Ptasznik z Tyrolu

"PTASZNIK" MA SZCZĘŚCIE DO GLIWIC

To bardzo udana premiera; bez rewelacji, ale udana nie mniej niż poprzednia realizacja tego tytułu na gliwickiej scenie w grudniu 1984 roku, na 30-lecie twórczej pracy ówczesnego szefa, Zbigniewa Kalemby. Widać tyrolski ptasznik ma jednakowe szczęście, tak do sceny Operetki Śląskiej, jak i Teatru Muzycznego.

Najnowsza realizacja "Ptasznika z Tyrolu" Karla Zellera, z librettem Moritza Westa i Ludwiga Helda, przetłumaczony przez Tadeusza Janickiego, Józefa Słotwińskiego (reżysera poprzedniej inscenizacji) i Krzysztofa Jaślara, to ładne i pełne prawdziwie operetkowego uroku przedstawienie, które zapewne długo utrzyma się na afiszu. Przysłużyli się temu przede wszystkim świetni realizatorzy. Widać tu, że inscenizator i reżyser Wojciech Adamczyk to dziecko artystów operetki; nie wydziwia, ale realizuje całość po bożemu, z wielkim wyczuleniem na każdy niuans i sens. Dla niektórych operetka dziś to tyle co ramotka, lekka muza bez filozoficznych głębi, za to z całą masą muzycznego, melodyjnego piękna. Jeśli tak, co szkodzi nawiązać do dawnego teatru, gdzie horyzonty malowano realistycznie, a wszystko na scenie miało jak najlepiej udawać rzeczywistość. Rewelacyjnie wyczuł to autor gliwickich dekoracji Wojciech Jankowiak. Horyzonty podług jego projektów zamówiono - jak niegdyś to czyniono! - we wrocławskiej pracowni Zbigniewa Francuza. Opłacało się też kupić 12 nowych podświetlaczy. Świetnie wykorzystane dały m. in. najpiękniejszy las, jaki dotąd widziałem na scenie. Absolutne plastyczne szczęście i dawnej operetki czar barwnie i fantazyjnie dopełniła autorka ponad 300 kostiumów - Marta Hubka.

Napisałem: po bożemu. Ale nie na klęczkach. Realizatorzy świetnie materiałem Westa, Helda i Zellera potrafią się bawić. Widzów również. Nie ciągną za uszy ożywiających publiczność fragmentów o korupcji, korzyściach z urzędów, pysznie natomiast rozweselają wtrąceniami z Fredry, Broniewskiego czy całkiem współczesnych kupletów. Nie ukrywają też, a arcyzgrabnie informują o muzycznych dodatkach: Straussowskim walcu i lenderze Webera. Wielkie brawa dla choreografki Janiny Niesobskiej. Aż się dziwię, że pięknie rozruszawszy mało podatnego na taniec "Ptasznika z Tyrolu", jeszcze się artystce chciało pracować nad ekstra naddatkami. W stronę tancerzy piękny to ukłon, rzecz, która nie pozwoli im kostnieć w jednej konwencji. Teraz rozumiem, dlaczego Janinę Niesobską tak w Gliwicach kochają. Z poprzedniej obsady na widowni zobaczyłem m. in. Jana Ballarina, Annę Wilczyńską, Marcelego Pałczyńskiego. Ponownie w "Ptaszniku z Tyrolu", acz w innych rolach, występują: Elżbieta Pilszak-Lamla, Jan Herma, Jerzy Gościński, Jerzy Bytnar i Andrzej Smogór. To byli soliści Operetki Śląskiej. W obsadzie czołowych ról na premierze Teatru Muzycznego dominowali goście. To powinno dawać do myślenia, zwłaszcza że gliwicka scena stoi przed przekształceniami. Zostało to już postanowione, na razie niestety bez wyraźnej koncepcji: co dalej? Teraz jest tak, że najcudowniej operetkowy genre, czar jego lekkości czują... najstarsi na scenie Stanisław Ptak (Robaczek) i Roman Baranowicz (Pijaczek). W Gliwicach występują gościnnie; pilna młodzież czegoś się od nich może nauczyć, ale przecież takich nauczycieli winna mieć na co dzień.

Aktorsko ten spektakl jest niemal bez zarzutu. Wokalnie - panie zdecydowanie biją panów. Aktorską brawurą, ujętą wszakże w żelazne ryzy, chroniące przed śmiesznością, zaimponowała mi Elżbieta Pilszak-Lamla (Adelajda), krwisto zagrał i zaskakująco bezbarwnie zaśpiewał Aleksander Żurawiecki (Weps), ładnie pokazał się Witold Wrona (Stanisław). Wokalny kunszt, ale i dziewczęcy wdzięk, pięknie w spektakl wniosła, zaproszona ze Szczecina Izabela Turhan (Listonoszka Krysia). Z ogromną przyjemnością patrzyłem i słuchałem solistki stołecznej "Romy", Małgorzaty Długosz (Księżna), aczkolwiek nie wiem, czy w premierowej obsadzie nie współbrzmiałaby z męskimi głosami lepiej nasza Grażyna Jędrzejewska. Wybiorę się na gliwickiego "Ptasznika..." jeszcze raz także dla naszego Arkadiusza Dołęgi. Utytułowany, mający za sobą występy nawet w La Scali, Jacek Laszczkowski (ptasznik Adam) przynajmniej wokalnie nie mógł zadowolić. "Ptasznik..." bez bisowania "Lat dwadzieścia miał mój dziad"? A tego bisu nie było.

Muzycznie gliwicki spektakl zrealizował Ruben Silva wespół z Henrykiem Wicherkiem (przygotowanie chóru). W pierwszym akcie zdecydowanie i orkiestra grała, i chór śpiewał za głośno, ale po przerwie nieco się poprawiło. Ten spektakl może być jak wino, z czasem jeszcze piękniej dojrzeje. Sądzę, że daje też mnóstwo przemyśleń do dyskusji nad przyszłą koncepcją gliwickiej sceny. Operetki z sukcesem nie da się realizować od przypadku do przypadku, nawet jeśli wydaje się, że ostatnia premiera wskazuje na coś innego.

Marek Skocza, "Dziennik Zachodni", 21.09.2000

OPERETKA JEST CIĄGLE MŁODA

Nie jest wcale przestarzała. bawi i wzrusza, jednak pod warunkiem, że jest dobrze zrobiona. Jeżeli potrzeba dowodów, to proszę wybrać się do Teatru Muzycznego w Gliwicach na "Ptasznika z Tyrolu" Karla Zellera.

Jeszcze artyści gliwickiego Teatru Muzycznego nie zaczęli śpiewać, a już publiczność zdążyła się zachwycić. Dekoracjami! Soczyste barwy tyrolskiego lasu dały bogactwo i przepych takie, którym nie dorównałyby największe złocone lichtarze, tak chętnie wykorzystywane w realizacjach różnych innych operetek. Do tego scenografowi, Wojciechowi Jankowiakowi, tak udało się zakomponować przestrzeń sceny, że wykorzystując jej niewielki rozmiar, zmieścił wszystko, co potrzeba, bez ścisku. Gdy tylko pojawili się artyści, to już można było stwierdzić, że wszystkie kostiumy, zaprojektowane przez Martę Hubkę, są integralną całością pięknych plastycznie obrazów. Gliwickie zespoły podtrzymały pierwsze dobre wrażenie. Okazało się, że ten chór potrafi nie tylko dobrze śpiewać, ale jeszcze i tańczyć. Zapewnili więc przedstawieniu dynamikę od pierwszej chwili. Dodano do "Ptasznika z Tyrolu" dwie sceny tańczone, by i gliwicki balet mógł się zaprezentować: walc Johanna Straussa i ciekawie ułożonego lendlera Webera. Janina Niesobska, choreograf, roztańczyła wszystkich. Kankan pokojówek mógłby być ozdobą niejednej rewii i aż dziw bierze, że dziewczyny tańcząc, równocześnie tak dobrze śpiewają. Chór przygotował Henryk Wicherek.

Orkiestrze, poprowadzonej pewna ręką przez Boliwijczyka, Rubena Silvę, nie umknęła ani jedna kropelka wdzięku i lekkości muzyki Zellera. Za to całość nabrała iście południowoamerykańskiego temperamentu. W efektach pracy reżysera, Wojciecha Adamczyka, znać nie tylko mistrzowską rękę do wielkich widowisk, ale też miłość do gatunku operetkowego. Bez zbędnego zadęcia prowadzi aktorów, nie pozwalając im wpaść w to, co nazywane jest "operetą" i stanowi najgorszą cechę tego gatunku. Swoich bohaterów traktuje nieco z przymrużeniem oka. Publiczność, znakomicie się bawiąc, nie zauważa nawet, że ich przygody i problemy tak naprawdę są nierealne i bzdurne. Widzowi pozostaje sam urok tego, co ogląda.

Operetka wymaga też wielkich umiejętności od solistów, zarówno wokalnych, jak i aktorskich. W premierowym, piątkowym spektaklu aż trzy panie podbiły serca publiczności: Małgorzata Długosz (Księżna) dużą sceniczną klasą, Izabela Turhan (Krysia) świeżością i wdziękiem oraz Elżbieta Pilszak-Lamla (Adelajda) sporym, charakterystycznym talentem komicznym.

W Adama (tego, który śpiewa najbardziej znany fragment tej operetki "Lat dwadzieścia miał mój dziad") wcielił się Jacek Laszczkowski, liryczny, wdzięczny, choć mało zadziorny jak na Tyrolczyka. Podobali się też Witold Wrona (Stanisław) i Aleksander Żurawiecki (Weps). Za to bezkonkurencyjni byli "starsi panowie dwaj", czyli Stanisław Ptak oraz Roman Baranowicz jako zapijaczeni profesorowie. Ich wspólna scena to prawdziwy pokaz aktorstwa komediowego na najwyższym poziomie. Ci, którzy znają występy Stanisława Ptaka, niech tylko wyobrażą sobie go... do kwadratu.

Takich spektakli prosimy więcej, bo reakcje publiczności na premierowym spektaklu świadczyły, że jest ona spragniona dobrych operetek. Te, ale tylko w najlepszym wydaniu, zawsze będą stanowiły o artystycznej odrębności i wartości Gliwic, bez względu na nazwę teatru.

Regina Gowarzewska-Griessgraber, "Trybuna Śląska", 18.09.2000

KORUPCJA NA WESOŁO

Miało być wesoło oraz kolorowo. I tak było. Premiera "Ptasznika z Tyrolu" Karla Zellera w Gliwickim Teatrze Muzycznym powinna ucieszyć wszystkich wielbicieli klasycznej operetki. Na premierę i rozpoczęcie nowego sezonu czekano nie tylko ze względów artystycznych. Kilka miesięcy temu władze miasta ogłosiły bowiem chęć likwidacji Teatru Muzycznego. Było wiele plotek, jeszcze więcej kłótni. Pierwsze przedstawienie po wakacyjnej przerwie miało być sprawdzianem dla wykonawców i dyrekcji. Wszyscy go zaliczyli. Przed spektaklem publiczność usłyszała krótkie wystąpienie dyrektora placówki - Pawła Gabary. Plotkarze jednak daremnie wytężali słuch. Sprawę zmian organizacyjnych Gabara potraktował bardzo dyskretnie. O wiele więcej uwagi poświęcił nowym fotelom w sali teatralnej.

Inscenizator gliwickiego przedstawienia - Wojciech Adamczyk - nie eksperymentował. Poszedł w stronę tradycji. Dało mu to możliwość skorzystania z doświadczeń swoich poprzedników, a w kilkusetletniej historii operetki było ich wielu. Dzięki temu łatwiej było uniknąć niepowodzenia. Reżyser i scenograf - Wojciech Jankowiak - okazali się do tego stopnia konserwatywni, że częścią dekoracji stały się prawdziwe, malowane horyzonty. Kto widział je ostatnio we współczesnym teatrze? Na scenie wszystko lśniło nowością. Od najmniejszych detali scenografii, po guziki w kostiumach. Nie było "pożyczek" z innych przedstawień i karkołomnych przeróbek. Operetka Zellera to historia miłości ptasznika i listonoszki, z korupcją i łapówkarstwem w tle. Wszystkie te poważne sprawy pokazane są jednak z przymrużeniem oka, właściwym temu gatunkowi. Z góry wiadomo, że w ostatnim akcie przecież i tak wszystko się wyjaśni. Publiczność doskonale się więc bawiła. Rodzaj humoru, zaproponowany przez twórców spektaklu, przypominał komedie Braci Marx. Wciąż ktoś się przewracał, potykał, zderzał ze ścianą.

Operetka to śpiew i muzyka. Gatunek ten nigdy nie kładł nacisku na wybitne kreacje aktorskie. Tu więc także trudne było je znaleźć. Trzeba jednak przyznać, że duet pijanych profesorów, odtwarzany brawurowo przez (witanego owacyjnie) Stanisława Ptaka i Romana Baranowicza, mógłby zostać ozdobą niejednego przedstawienia w teatrze dramatycznym. Nieco zawiódł natomiast lansowany na gwiazdę Jacek Laszczkowski - odtwórca roli tytułowej. Był poprawny, ale nie olśniewający. Podsumowując: po premierze zespół Teatru Muzycznego zasłużył na dobrą notę w dzienniczku. Należy jednak pamiętać, że to przedstawienie posiada jeszcze dwie alternatywne obsady. Miejmy nadzieję, że noty nie trzeba będzie obniżyć.

Anna Dąb, "Gazeta Wyborcza", 18.09.2000

Powrót

STRONA GŁÓWNA | CO NOWEGO? | REPERTUAR | NA AFISZU | BILETY
O TEATRZE | IMPRESARIAT | KINO AMOK | KRAKOWSKI SALON POEZJI | RUINY TEATRU VICTORIA
GLIWICKI MAGAZYN KULTURALNY | KWARTET ŚLĄSKI | DWA TEATRY - SEZON JUBILEUSZOWY | THE METROPOLITAN OPERA: LIVE IN HD | THE BOLSHOI BALLET: LIVE IN HD
XVIII DZIECIĘCE SPOTKANIA TEATRALNE | SKLEPIK GTM | NEWSLETTER
DLA MEDIÓW | PRZETARGI | KONTAKT
Gliwicki Teatr Muzyczny, ul. Nowy Świat 55/57, 44-100 Gliwice, tel. +48 32 230 67 18
BIP
Oprogramowanie CMS & hosting - Agencja reklamowa GTK.PL