loading
Szukaj na stronach GTM
Strona główna Powrót

Recenzje - Księżniczka czardasza

KSIĘŻNICZKA Z TRADYCJAMI

Świętująca w tym roku 50-lecie gliwicka scena przygotowała "Księżniczkę czardasza" Emmericha Kálmána - najsłynniejszą operetkę na świecie.

"Księżniczkę czardasza" Kalman pisał w czasie I wojny światowej; miał wówczas nieco ponad 30 lat i duże doświadczenie w odwiedzaniu wiedeńskich salonów. Dzięki temu środowisko, które sportretował w swoim utworze, mimo że sparodiowane, miało wiele prawdziwych cech.

Operetka Kálmána to przede wszystkim przeboje, znane nie tylko miłośnikom tego gatunku. W całej "Księżniczce" jest prawie 30 arii i duetów. Wiele z nich, jak choćby "Artystki, artystki, artystki z variétés", "Bo to jest miłość, ta głupia miłość", są ulubionym repertuarem koncertowym śpiewaków. Jednak najlepiej brzmią, gdy wykonuje się je podczas spektaklu.

Pierwszy akt wprowadza nas w świat arystokratów - utracjuszy i szansonistek z budapesztańskiego variété "Orpheum". Poznajemy głównych bohaterów. W postać tytułowej księżniczki czardasza, czyli Sylvii Varescu, w gliwickim przedstawieniu wcieliła się Małgorzata Długosz. Sylvia jest u szczytu sławy, ma wyjechać na tournee do Stanów Zjednoczonych, świat leży u jej stóp. Gdy widzimy ją po raz pierwszy, zaczynamy rozumieć, dlaczego - scena naprawdę należy do niej. Kreacji wokalnej Długosz i jej bardzo przyjemnej dla ucha barwie głosu niczego nie można zarzucić. Witold Wrona gra na tyle sugestywnie jej adoratora - księcia Edwina Lippert-Weylersheim - że jesteśmy w stanie uwierzyć w jego szaloną miłość do Sylvii. Najważniejsze, że w głównych postaciach odnajdujemy ludzkie cechy. Długosz gra emocjonalnie, przez cały czas w jej głosie przewija się ciepła, sentymentalna nuta.

Interesująco wypadły szansonistki z variétés, dla których głowy tracą potomkowie znanych rodów. Zdarza się, że przedstawia się je jako niezbyt rozgarnięte, wciąż "gdaczące" istotki. Trudno sobie wtedy wyobrazić, że można dla nich stracić cokolwiek. W Gliwicach artystki mają dużo wdzięku, nie są nachalne. Bliżej im do śpiewaczek niż do głupiutkich trzpiotek. W kolejnych aktach operetki pojawiają się postacie, które muszą wywoływać salwy śmiechu, bo po to je wymyślono. Tak jest w przypadku księcia Leopolda Marii Lippert-Weylersheima, ojca Edwina. W tej roli wystąpił Jerzy Bytnar.

      Dobrze ze swoimi rolami poradzili sobie Arkadiusz Dołęga (Boni) i Monika Rajewska (Anastazja) - jesteśmy w stanie uwierzyć w ich miłość, mimo że Boniemu bliżej jest do komika niż namiętnego kochanka.

Gliwicki spektakl jest zrobiony solidnie, dobrze tańczony i śpiewany. Najmocniejszym punktem jest jednak jego tradycyjność. Reżyser Wojciech Adamczyk niczego nie unowocześniał i nie udziwniał na siłę. Podoba się ciekawie pomyślana scenografia z widocznym wpływem secesji. Urody spektaklowi dodają barwne kostiumy. W tej inscenizacji połączenie walców, miłosnych duetów i mocnych rytmów czardasza może być atrakcyjne także dla publiczności XXI wieku.

Marcin Mońka, "Gazeta Wyborcza", 08.10.2002

W RYTM WALCZYKA...

Tajemnica popularności operetki kryje się we wdzięku jej melodii i pięknej opowieści o miłości. Łączy to w sobie "Księżniczka czardasza". Jej premiera w Gliwickim Teatrze Muzycznym odbyła się pod patronatem GIK-u.

Postawiono na widowiskowość, taniec i nogi. Sylvia prezentuje je już podczas swojej pierwszej arii. Wymachują nimi też zarówno panie z zespołu baletowego, jak i wokalnego. Na zakończenie jest jeszcze szalony kankan. Operetka powinna tak wyglądać, kiedyś przecież gorszyła dostojne matrony.

Piękne kostiumy zaprojektowała Marta Hubka, a prostą, ale funkcjonalną dekorację Wojciech Jankowiak. Można ją dowolnie przesuwać, zostawiając sporo miejsca tańczącym. Wyjątkowo efektowne są witraże w tyle sceny, zmieniające się w zależności od wnętrza. Znakomite układy taneczne, tak ważne w widowisku, stworzyła Zofia Rudnicka. Nad całością zapanował i ułożył w zgrabne przedstawienie reżyser, czyli Wojciech Adamczyk. Kierownictwo muzyczne sprawuje Ruben Silva.

Oczywiście sama oprawa nie wystarczy, by spektakl mógł się cieszyć powodzeniem. Potrzebne są jeszcze dobre głosy. Te, na szczęście, są. W parę głównych bohaterów podczas premiery 6 października wcielili się: Małgorzata Długosz (Sylwia) i Witold Wrona (Edwin). Ogląda się ich i słucha z ogromną przyjemnością. Druga para to Anastazja i Boni, czyli Monika Rajewska i Arkadiusz Dołęga. To właśnie on wprowadza na scenę sporo komizmu i ruchu. Wystąpili również: Jerzy Bytnar (Książę), Elżbieta Pilszak-Lamla (Księżna), Jerzy Michalus (Feri), Jerzy Gościński (Rohnsdorf).

To przedstawienie warto zobaczyć. Jest dowodem na to, że operetkowe spektakle wciąż podobają się publiczności. Inaczej bowiem nie domagałaby się ona bisu i nie kołysała, gdy "W rytm walczyka serce śpiewa".

Jolanta Ogińska, "Górnośląski Informator Kulturalny", nr11, 2002

PIÓRA, NOGI I KANKAN

Operetka jest postrzegana przez "znawców" jako gatunek wymierający, przestarzały i bez sensu. Jednak publiczność operetkę kocha, i nie zraża jej naiwność treści i formy. Są w niej bohaterowie szlachetni, miłość, najczęściej "szczęśliwe zakończenie" i piekne melodie.

Do tych najbardziej kochanych zaliczyć trzeba "Księżniczkę czardasza" Imre Kálmána. Gliwickiego Teatru Muzycznego od tego tytułu nie odstraszył nawet fakt, że po sąsiedzku operetkę tę wystawia Opera Śląska w Bytomiu. Odrobina zdrowej rywalizacji się przyda, bo warto porównać obydwie inscenizacje.

Zaproszono do Gliwic grono sprawdzonych realizatorów. Kostiumy Marty Hubki są bardzo piękne. Dekoracja projektu Wojciecha Jankowiaka - wyjątkowo prosta, pozostawiająca dużo miejsca dla baletu, a jednocześnie malownicza poprzez rozświetlenie sceny barwnymi niby-witrażami. Najlepsza jednak w spektaklu jest choreografia Zofii Rudnickiej, a w czardasze i walce, obok baletu, wciągnęła ona chór i solistów. Nad całością sprawnie zapanował reżyser Wojciech Adamczyk, tworząc dobre widowisko.

W operetce zresztą głównie chodzi o barwne, roztańczone widowisko, pełne znanych melodii i jeszcze dobrze zaśpiewanych. Tu problemów również nie było. Szczególnie podobała się główna para, czyli Sylvia w interpretacji Małgorzaty Długosz i Edwin Witolda Wrony. Sporo komizmu na scenę wnosił również dobrze śpiewający Arkadiusz Dołęga w roli Boniego, chociaż uważać musi, by nie przeszarżowywać w swym komizmie. Z rolą Anastazji zwycięsko zmierzyła się również Monika Rajewska.

Zresztą, zasłużone brawa zebrał cały zespół. Do tego pióra, nogi i kankan - widowisko w wielkim stylu, nawiązujące do najlepszych tradycji spektakli operetkowych w Gliwicach. Warto zobaczyć.

Regina Gowarzewska-Griessgraber "Trybuna Śląska", 10.10.2002

Powrót

STRONA GŁÓWNA | CO NOWEGO? | REPERTUAR | NA AFISZU | BILETY
O TEATRZE | IMPRESARIAT | KINO AMOK | KRAKOWSKI SALON POEZJI | RUINY TEATRU VICTORIA
GLIWICKI MAGAZYN KULTURALNY | KWARTET ŚLĄSKI | DWA TEATRY - SEZON JUBILEUSZOWY | THE METROPOLITAN OPERA: LIVE IN HD | THE BOLSHOI BALLET: LIVE IN HD
XVIII DZIECIĘCE SPOTKANIA TEATRALNE | SKLEPIK GTM | NEWSLETTER
DLA MEDIÓW | PRZETARGI | KONTAKT
Gliwicki Teatr Muzyczny, ul. Nowy Świat 55/57, 44-100 Gliwice, tel. +48 32 230 67 18
BIP
Oprogramowanie CMS & hosting - Agencja reklamowa GTK.PL