KWESTIA SMAKU
Brawa dla pań - Małgorzaty Długosz i Anity Maszczyk, świetna kreacja Adama Zdunikowskiego, orkiestra pod batutą Tomasza Biernackiego doskonale zmierzyła się ze straussowską "Zemstą nietoperza", perełka aktorska Romana Baranowicza.
Gliwicka premiera "Zemsty nietoperza" Johanna Straussa, którą oglądaliśmy w ubiegły piątek, to oczywiście zadośćuczynienie wielbicielom operetki. Ale paradoksalnie, utwór ten, którego libretto w swoim niepowtarzalnym stylu przełożył Julian Tuwim, miał wieścić koniec tego gatunku. Więc owa zemsta jest jakby podwójna. Latająca mysz nie tylko nie dobija operetki, wręcz przeciwnie, utwierdza widza i realizatorów, że jest prawie wieczna. "Zemsta nietoperza" to pozycja z kanonu, po którą sięgają najważniejsze sceny muzyczne, w Gliwicach to już trzecia realizacja tej operetki. I proszę mi wierzyć, nie sposób oprzeć się straussowskim rytmom. Płyną gładko, a pamięć przywołuje zasłyszane gdzieś, kiedyś znajome brzmienia.
Przejdźmy jednak do meritum: gliwicka realizacja wyszła spod ręki Jacka Chmielnika. Postawił on na aktorstwo i widać to w jego kolejnych realizacjach szykowanych dla gliwickiej sceny. (...) Widowisko żyje, a jego dynamizm potwierdzają wszelkie sceny zbiorowe. Dalej: orkiestra - duuuży skok do przodu, przyjemnie się słucha, czuć dyscyplinę i przygotowanie utworów. "Zemsta nietoperza", trzyaktowa operetka, jest z gatunku trudniejszych muzycznie, sporo tu polek i walców. Tym bardziej więc gliwickiej orkiestrze należą się brawa.
Co do fabuły, to opiera się na komedii omyłek, jedni podszywają się pod cudzoziemców, inni ukrywają, że są pokojówkami, jeszcze tajemnicza nieznajoma w masce. "Zemsta" oddaje liberalnego ducha epoki, widać, że obyczaje i przymusy traktowane są dość swobodnie. No i "niech o winie zabrzmi śpiew", czyli tak naprawdę pochwała hedonizmu. Mocną i kolorową stroną gliwickiej realizacji są sceny zbiorowe (...)
I soliści: Adam Zdunikowski (Alfred) objawił swój talent komiczny (ach, te zabójcze zielone skarpetki), jako niezwykle sugestywny i dynamiczny kochanek-śpiewak (znakomity głos), Małgorzata Długosz w partii Rozalindy bardzo dobrze wywiązała się z trudnego wokalnego zadania, Anita Maszczyk - wspaniałe brzmienie, talent, który trzeba szlifować. (...) I wreszcie Frosch, jedyna rola mówiona. Tuwim napisał ją ze swadą i właściwą sobie ironią, trochę uwspółcześniona, w kreacji Baranowicza wypadła znakomicie.
CAŁKIEM NIEPOWAŻNIE
Operetka Johanna Straussa "Zemsta nietoperza" bawi mnie niezmiennie dowcipnymi dialogami i powiedzonkami, bo jak tu nie przejąć hasła: "Jakbyś sobie przypomniał, żeś się zapomniał, to zapomnij, żeś sobie przypomniał." Do tego intryga jest zabawna, nie pozbawiona nutki ironii. Jej początkiem jest wyrok na Gabrielu, który ma odsiedzieć w kozie, za spoliczkowanie urzędnika podatkowego.
Już po raz drugi GTM sięgnął po tytuł, który możemy zobaczyć też "za miedzą", czyli w Operze Śląskiej. Jednak okazało się, że bytomski i gliwicki, to dwa różne spektakle. Bytom stawia na klasyczną wersję, a w Gliwicach reżyser Jacek Chmielnik nadał operetce bardziej nowoczesny ton. (...) Uzyskał przedstawienie dynamiczne, roztańczone i pogodne. Zresztą miał wsparcie aktorów, a szczególnie mistrza komedii i najlepszego w Polsce dozorcę więziennego Froscha, czyli Romana Baranowicza. Bardzo dobrzy byli również odtwórcy głównych ról, panie Jolanta Kremer (Rozalinda) i Wioletta Białk (Adela) oraz panowie Arkadiusz Dołęga (Gabriel) i Janusz Ratajczak (Alfred) - to obsada drugiej, niedzielnej premiery. Wykazali się nie tylko ogromnymi zdolnościami aktorskimi, ale też świetnymi głosami, bo Strauss napisał dla nich karkołomne partie.
W spektaklu warto zwrócić jeszcze uwagę na piękne suknie projektu Zofii de Ines i lekką scenografię Jerzego Boducha. Orkiestra GTM, pod batutą Tomasza Biernackiego, brzmi w straussowskim klimacie, wytwornie i salonowo. Ogólna ocena spektaklu - wysoka, a jego realizatorzy i wykonawcy robią ze sceny do publiczności wielkie "oko", bo w operetce właśnie tak musi być, na dobrym poziomie, ale całkiem niepoważnie.
WAGARY Z NIETOPERZEM
Wielkość muzyki Johanna Straussa syna nie podlega dyskusji; można jej nie lubić, ale nie sposób podważyć jej wyjątkowości. Operetka - jako gatunek sceniczny - miewa różne konotacje. Jej śmierć odtrąbiono jakiś czas temu, odsądzając od czci za sceniczną sztuczność i niezbyt mądre libretta. Nie odwrócili się jednak od niej widzowie i oto operetka wraca do łask. Za sprawą artystów, którzy przełamują "święte" prawa jej maniery, zachowując wszakże staroświecki wdzięk i konwencję. "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna, zrealizowana w Gliwickim Teatrze Muzycznym, to doskonały przykład tego zjawiska.
W nawiasie umowności
Jeszcze dziesięć lat temu solista, przygotowując się do wykonania popisowej arii, wychodził zwykle na skraj sceny, brał oddech, a do śpiewania, by tak rzec, przystępował. Dziś Adam Zdunikowski - w roli Alfreda - nie tracąc kontroli nad głosem, potrafi zagrać między nutami całą teatralną etiudę, z konsumowaniem kolacji włącznie! To największa zmiana, jaka zaszła w sposobie inscenizowania operetkowej klasyki. Bohaterowie, odarci z nienaturalnego sposobu bycia i schematycznych gestów, nabierają blasku i ludzkich wymiarów. Cóż jednak zrobić z librettem, zwykle bardzo naiwnym? Uszanować - zdaje się mówić Jacek Chmielnik, reżyser gliwickiej "Zemsty nietoperza" - ale potraktować z pogodnym dystansem. Czymże innym jest bowiem operetka, jeśli nie pomysłem na chwilowe wagary dla ludzi zmęczonych rzeczywistością?
Libretto "Zemsty nietoperza" szczęśliwie dla oryginału (i widzów) przetłumaczył Julian Tuwim - mistrz paradoksu. Jacek Chmielnik i jego artyści wykorzystują lekkość tekstu, dodając tu i ówdzie garść delikatnych aluzji do współczesności. Stwarza to urokliwy nawias, w którym swobodnie mieści się naiwność tej historii z przebierankami, balami i zamienianiem postaci. A nas zwalnia od krytycyzmu i tropienia nonsensów. Ot, kupili państwo bilet do krainy baśniowych nieporozumień i nikt państwu nie wmawia, że jest inaczej. To poszanowanie dla konwencji, nawet autoironiczne, sprawia, że spektakl Gliwickiego Teatru Muzycznego jest czysty i jednorodny; nie udaje, że jest czymś innym, niż jest. Śpiewacy bawią się intrygą, zaś w sytuacjach całkiem niewiarygodnych dowcipnie parodiują... operetkową manierę. Tak zbudowana jest postać kochanka Rozalindy, słynnego śpiewaka, i tak zachowuje się książę Orlofsky w interpretacji Adama Sobierajskiego.
Po królewsku
Ocean pięknej muzyki - mówią o "Zemście nietoperza" jej wielbiciele. I tę muzykę w Gliwicach słychać, bo orkiestra pod dyrekcją Tomasza Biernackiego prezentuje ją w całej urodzie. A scena wiruje od ruchu, kolorów i radości, tańczą bowiem także chórzyści, a balet śpiewa. W kulminacyjnych momentach pracuje dla nas ponad stu artystów, jeśli już bowiem wystawiać arcydzieło Johanna Straussa syna, to po królewsku! Jerzy Boduch rozgraniczył akcję różnymi kolorami dekoracji (zielony, czerwony, szary), a Zofia de Ines - wpisała w nie wariacje na temat kostiumów z epoki, indywidualizując każdą postać detalem. Władysław Janicki - autor choreografii, pozostając w duchu roztańczonego Wiednia, też dodał układom tańców kilka "pieprzyków" (etiuda a'la madkiz de Sade).
Wieczór należy jednak do solistów. Adela - obiekt westchnień wszystkich śpiewaczek, to w interpretacji Anity Maszczyk dziewczyna obdarzona piekielnym wdziękiem, idealnie kontrastującym z jasnym, czystym głosem, którym włada z zadziwiającą łatwością. Rozalinda Małgorzaty Długosz, dysponująca ciemniejszą barwą głosu, dyskretniej też sygnalizuje skłonność bohaterki do słodkiego występku. Adam Zdunikowski, obdarzony temperamentem scenicznym i pięknym głosem, zaprząta uwagę publiczności nie tylko, gdy śpiewa. A śpiewa w absolutnej zgodzie z charakterem postaci. W roli Froscha podbił publiczność komiczny Roman Baranowicz, lekkoduch Eisenstein - Arkadiusz Dołęga to kwintesencja męskiej niestałości.
Gliwicki Teatr Muzyczny kończy sezon w dobrym stylu!
BOMBONIERKA, KTÓRA... LECZY
Czego nam najbardziej potrzeba w szarej, często wręcz ponurej rzeczywistości? Odrobiny uśmiechu, sympatycznych zachowań, pięknych kolorów...
Ostatnio teatrom zamarzyło się, aby nas całkowicie zdołować i prześcigają się w tym, żeby na ich sceny trafiały najbardziej odpychające sztuki. Doszło już do tego, że nawet brutaliści nie szokują - no, chyba że reżyserowi przyśni się jakiś zupełnie nowy koszmar, którym przyozdobi swoją realizację. Straszą ze sceny różnej maści nieudacznicy - narkomani, alkoholicy, Rosjanie nieumiejący odnaleźć się w nowych czasach, wyrobnice najstarszej profesji, starcy niepotrafiący pogodzić się z upływającym czasem. Jednym słowem, totalna smuta. Jeśli zdarzy się czasem jakaś komedia, to zwykle jest tak śmieszna, że tylko włosy rwać, zęby zacisnąć i wstydząc się za płynące ze sceny dowcipy - na siłę wprowadzające w teksty zachodnich autorów elementy z polskiej sceny politycznej - schować się ze wstydu pod teatralnym fotelem.
Od dawno marzyło mi się obejrzenie przedstawienia lekkiego, łatwego i przyjemnego - ale w dobrym stylu. Radosnego, ale nie aż "do rozpuku". Ładnego, słodkiego, optymistycznego, ale broń Boże kiczowatego. Poprowadzonego sprawną ręką i z żelazną dyscypliną. Stało się bowiem regułą, że wszelkie potknięcia warsztatowe, toporności, aktorskie wsypy i nieudolności zwykło się tłumaczyć zamierzoną wizją artystyczną.
Toteż tym większą radość sprawiła mi ostatnia premiera przygotowana
w Gliwickim Teatrze Muzycznym.
Na afisz trafiła tam nieśmiertelna "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa II (oczywiście z librettem w urokliwym przekładzie Juliana Tuwima). Jak pisze Janusz Ekiert: "można traktować 'Zemstę nietoperza' jako satyrę na swobodę obyczajów, z trudem maskowanych pozorami cnoty, ale satyrę pobłażliwą i z sentymentem do ludzkich słabości." Można więc z ogromnym taktem i wdziękiem wytknąć ludzkie przywary - nie obrażając ani bohaterów scenicznych perypetii, ani publiczności. O twórcy pięknej muzyki, kontynuatorze wspaniałej rodzinnej tradycji, niekwestionowanym królu walca - Johannie Straussie II - rozpisywał się nie będę. Obrosłe wieloma legendami życie wielkiego kompozytora to temat na osobny artykuł.
Wróćmy zatem do gliwickiego przedstawienia, wyreżyserowanego z koniecznym w tym wypadku przymrużeniem oka przez Jacka Chmielnika. Podziwiam go za odwagę i konsekwencję. To wielka sztuka zapanować z zegarmistrzowską precyzją nad tak dużym zespołem. Są chwile, kiedy na scenie doskonale porusza się i przy tym wzajemnie sobie nie przeszkadza aż sześćdziesiąt osób! Ale po kolei: nie byłoby takiego sukcesu, gdyby nie wykonawcy. Zasługą reżysera jest najwyższej próby aktorski poziom spektaklu, co na scenach operetkowych należy do rzadkości. Małgorzata Długosz jako Rozalinda zaprezentowała się w znakomitej formie wokalnej. To, iż nie lubiłem operetki, było przede wszystkim "zasługą" rozkapryszonych primadonn, które czasem miewały nawet niezłe głosiki, ale cała reszta była nie do zniesienia. Te uśmiechy, gierki, zachwyty nad... sobą. Te wszystkie perskie oczka, dygnięcia i niechęć do powiedzenia na scenie jakiegokolwiek dialogu. Ta okropna minoderia...
Małgorzata Długosz jest całkiem inna. Podbija serca widowni nie tylko pięknym głosem, ale także oryginalną urodą i wspaniałym aktorstwem. Zresztą cała gliwicka "Zemsta nietoperza"
czaruje sztuką aktorską
tak wysokiej próby, że mogą jej pozazdrościć teatry dramatyczne. A Roman Baranowicz jako Frosch (rola mówiona) to wyżyny tej najszlachetniejszej ze sztuk. Podoba się Anita Maszczyk w roli Adeli (nieprawdopodobnie metaliczna barwa głosu). Brawa należą się także Michałowi Musiołowi (Eisenstein), Jerzemu Gościńskiemu (Frank) i Ireneuszowi Miczce (Falke). Adamowi Sobierajskiemu gratuluję wprost niezwykłej konsekwencji w poprowadzeniu roli księcia Orlofsky'ego. Stworzył postać balansującą na granicy dobrego smaku, ale ani na sekundę jej nie przekroczył. Takich niebezpiecznych momentów jest w tym spektaklu więcej, ale szybko nabieramy zaufania do sprawnej ręki reżysera i wiemy, że w odpowiednim momencie przykróci lejce i nie wpuści na scenę kiczu. Nawet klasyczna kalesonada w wykonaniu lubianego i popularnego tenora Adama Zdunikowskiego (Alfred) nie razi. Wielka w tym zasługa Zofii de Ines, która potwierdziła mistrzowską klasę jako projektantka kostiumów. Scenograf Jerzy Boduch stworzył na scenie słodką bombonierkę w barwach uspokajających najbardziej skołatane nerwy.
Jacka Chmielnika znam z dobrych ról filmowych, zwłaszcza w szlagierowym "Vabanku" Juliusza Machulskiego i jako prezentera niewysokich lotów teleturnieju. Dzięki gliwickiej "Zemście" poznałem go jako sprawnego i zaskakującego dobrymi pomysłami (to dzisiaj wielka rzadkość) reżysera teatralnego. Z zaciekawieniem oczekuję jego kolejnych realizacji.
Na zły nastrój, deszczową pogodę, na okropności telewizyjnych dzienników, na zalewającą nas falę wszelkiej brzydoty gliwicki spektakl jest dobrym lekiem. Skorzystajcie z niego. Nawet z bezmyślnie nałożonym nań VAT-em nie jest drogi.
NIETOPERZ TAŃCZĄCY
Zakochałem się w operetce - powiedział nam Jacek Chmielnik w Gliwickim Teatrze Muzycznym po premierze "Zemsty nietoperza" w jego reżyserii. Tym bowiem, długo oklaskiwanym dziełem Johanna Straussa II lubiana Operetka Śląska (mimo kilkakrotnej zmiany nazwy) zakończyła sezon w ostatni majowy weekend.
Jestem w euforii - mówił Chmielnik, który juz po raz trzeci, w ciągu dwóch lat, współpracuje z gliwicką sceną (wystawił "Cyrulika sewilskiego" i zagrał Horacego u boku Grażyny Brodzińskiej w "Hello, Dolly!"). - "Zemstę nietoperza" i doborową obsadę zaproponował mi dyrektor Paweł Gabara, a dla mnie, aktora dramatycznego, to wielkie ułatwienie. Znany aktor i rezyser przyznał, że skrócił tekst o 25 procent. To zdynamizowało operetkowy sukces Straussa z 1874 r., choć jacek Chmielnik "przyciął" jedno z najlepszych światowych librett autorstwa Karla Haffnera i Richarda Genee, z genialnym przekładem Juliana Tuwima. Ale dzięki temu ta stara farsa zyskała na zwięzłości, humorze i pikanterii, jest prosta, czytelna, a nawet... współczesna. To nie tylko feeria wspaniałych barw i melodii, akcja skrzy się od subtelnego erotyzmu, dowcipów sytuacyjnych, zabawnych aluzji do polskiej - podatkowej rzeczywistości. W tej komedii przebierańców sportretowano zwyczajnych ludzi bankiera i jego żonę, notariusza, adwokata, dyrektora więzienia, pokojówkę. Jest i książę, wszak nie ma operetki bez arystokraty, ale to całkiem współczesny, bogaty hulaka.
"Zemsta nietoperza" jest opowieścią o perypetiach Gabriela von Eisensteina, który idzie do więzienia za znieważenie urzędnika skarbowego, ale dojść nie może, bo przyjaciel ciągnie go na pożegnalny bal do księcia, podczas gdy do żonki dobiera się stary wielbiciel. I tak dawny amant, przyłapany w małżeńskiej sypialni, wzięty za męża idzie do więzienia, mąż udaje markiza z Argentyny, dyrektor więzienia gościa z Rio, służąca wielką damę, żona węgierską księżnę. A wszyscy spotykają się na wielkim balu, by w finale znaleźć się w więzieniu, które okazuje się żartobliwą zemstą i dalszym ciągiem książęcej imprezy.
Największą atrakcją spektaklu są soliści, gwiazdy scen stołecznych, jak i Gliwickiego Teatru Muzycznego. W roli Rozalindy wystąpiła świetna Małgorzata Długosz, związana z Warszawską Operą Kameralną i "Romą", wspaniałym sopranem czarowała, jak zwykle, nasza Anita Maszczyk (Adela). W zabawnych: birbanta Eisensteina wcielił się Michał Musioł, jego przyjaciela - intryganta Falke'go - Ireneusz Miczka, szefa więzienia Franka Jerzy Gościński, wszyscy z GTM. Największą dawkę komizmu zafundował melomanom wybitny tenor Opery Narodowej - Adam Zdunikowski jako Alfred. Jego Chaplinowski wdzięk i wąsik, zielona archaiczna bielizna i długie skarpety plus złoty szlafrok, w którym paraduje w buduarze i areszcie, wywołują salwy śmiechu. Z drugoplanowych ról dwie są po prostu rewelacyjne. To Książę, czyli Adam Sobierajski, student V roku katowickiej Akademii Muzycznej, oraz strażnik Frosch - Roman Baranowicz z Operetki Wrocławskiej. Sobierajski gra złotego, a właściwie różowego młodzieńca, zblazowanego, zażywającego kokę, w rozpiętej koszuli, obwieszonego łańcuchami niby Elvis Presley (ten utalentowany solista znakomicie śpiewa muzykę oratoryjną Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego!). Natomiast rola pijaczka Froscha w wykonaniu Baranowicza, aktora z ogromnym doświadczeniem, to prawdziwa perełka, popis nieustającego humoru. Wszystkie role są dobre, większość artystów gliwickiej sceny to ludzie młodzi, po wydziale Aktorsko-Wokalnym Akademii Muzycznej, a prowadzeni wskazówkami Chmielnika, zyskują nowe umiejętności.
Bogata jest również oprawa "Zemsty nietoperza", w której występuje cały, 60-osobowy zespół. Scenografia Jerzego Boducha preferuje kolory turkusowo-zielone w buduarowym akcie I, czerwono-różowo-oranżowe w balowym II i szarobiałe w areszcie aktu III. Bogactwo kostiumów Zofii de Ines uwidacznia się najpełniej na balu przebierańców, dającym możliwość pokazania ogromnych możliwości znanej projektantki. Balet tańczy i w tunikach greckich, i krynolinach, nie licząc strojów balowych i codziennych z epoki. Ukoronowaniem są kostiumy tancerzy - tytułowego Nietoperza i Motyla, przebrań przyjaciół, od których wzięła się intryga i tytuł operetki. Jest i polski, ognisty krakowiak. To taki mój euroakcent - mówi Chmielnik. Klamrą, harmonijnie spinającą całość, jest kierownictwo muzyczne Tomasza Biernackiego i choreografia Władysława Janickiego.
- Marzy mi się "Hrabina Marica" - zwierzył się Chmielnik, pytany o zamierzenia. - I chciałbym ją wystawić w Gliwicach.

