Akt I
Mieszkanie Gabriela von Eisensteina. Ptaszku, co w nieznany kraj odfrunąłeś lekko - dobiega zza okna tenorowy głos. Nie przejmuje się nim pokojówka Adela, która w tej chwili ma na głowie ważniejsze rzeczy - przed chwilą listonosz przyniósł jej liścik od siostry "z baletu". Co siostrzyczka moja pisze? - umiera z ciekawości Adela. Otóż, książę Orlofsky, arystokrata i dziwak, wyprawia dzisiaj wielki bal, na który Ida mogłaby wprowadzić Adelę. Ale oto zjawia się pani domu - Rozalinda. Natychmiast rozpoznaje nie milknący śpiewny głos - to Alfred, jej wielbiciel z "przedmałżeńskich" czasów. Rozalinda nie wie, czy ma się cieszyć ze spotkania, czy obawiać się go, bo już za chwilę do mieszkania wkroczy jej mąż, Gabriel von Eisenstein, w nienajlepszym - jak można się spodziewać - humorze. Otóż, Gabriel został skazany na 5 dni więzienia za spoliczkowanie urzędnika, który śmiał go podejrzewać o złożenie fałszywego zeznania podatkowego. Nie jest to więc najlepszy moment na amory. Trudno to jednak wytłumaczyć Alfredowi, który właśnie wchodzi z pieśnią na ustach do mieszkania. Kiedy indziej Rozalindę pewnie oczarowałby "timbre" jego głosu, teraz jak najszybciej chce pozbyć się natręta, nawet za cenę obietnicy ponownego spotkania. Alfred wybiega w ostatniej chwili, niemalże mijając się w drzwiach z Gabrielem. Ten klnie, na czym świat stoi. Ach, ci nasi adwokaci, to są łotry, to są kaci - wykrzykuje do mecenasa Blinda. W sądzie Gabriel spotkał swojego karcianego przyjaciela, który okazał się... samym sędzią. Pepi nie najlepiej przyjął "szczere i bezpośrednie" przywitanie przez Eistensteina, któremu wymierzył dodatkowe 3 dni aresztu za obrazę sądu. Według Gabriela i tak wszystkiemu jest winien Blind, który przez swoje jąkanie zaprzepaścił szansę na skuteczną obronę. Cóż, Eisensteinowi pozostaje pożegnać się z małżonką i... zjeść porządny obiad. W więzieniu nie spodziewa się przecież ani czułości, ani dobrej kuchni. Tymczasem do mieszkania wchodzi Falke, notariusz, przyjaciel Gabriela. W niecodzienny sposób chce pocieszyć "skazańca". Radzi mu, by przed odbyciem kary pozwolił sobie na jeszcze jedną przyjemnostkę - na bal u Orlofsky'ego. Książę sam prosi cię, nie wywiniesz się - zapewnia. Eisenstein nie daje się długo przekonywać. Wizja ślicznych baletniczek całkowicie zaprząta jego umysł. Przecież to żaden problem pójść do więzienia po balu. Oznajmia Rozalindzie, że w areszcie chce pojawić się w stroju prawdziwego dżentelmena: we fraku, lakierkach i cylindrze. Panią von Eisenstein kiedy indziej może i by to zastanowiło, dzisiaj jednak widzi po prostu okazję, by bez ryzyka spotkać się z Alfredem. Na wszelki wypadek daje Adeli wychodne. Ale czas pożegnać się z Gabrielem: Samotna tu zostaję bez ciebie osiem dni - płacze w mężowskie ramię. O, jak mi serce drży - odpowiada Eistenstein. Tak naprawdę serduszka drżą im obojgu, tyle że nie do końca z tych powodów, o których myśli "druga strona". Wreszcie Gabriel wychodzi. Tym razem to on niemalże mija się w drzwiach z Alfredem. Tenor natychmiast chce rzucić się w ramiona Rozalindzie, która - nieco wystraszona - stara się chłodzić jego temperament. Alfred zwraca więc swe "chucie" ku innemu obiektowi: Niech o winie zabrzmi śpiew - wydziera się w kierunku obiadu, którego zaaferowany Eisenstein nie zdążył nawet napocząć. Podpity śpiewak okazuje ukochanej coraz więcej czułości i nie wiadomo, co by się stało, gdyby nie wejście Franka, dyrektora więzienia, który przyszedł właśnie zaaresztować Gabriela. Frank również spieszy się na bal u Orlofsky'ego, więc chciałby całą przykrą procedurę przeprowadzić jak najprędzej. Bierze Alfreda za Eisensteina, w czym utwierdza go Rozalinda, która obawia się kompromitacji - wszak została przyłapana sam na sam z obcym mężczyzną! Pijany Alfred zgadza się na to qui pro quo, korzysta jednak z sytuacji i wyciska na ustach Rozalindy długi i gorący pocałunek. To ostatecznie przekonuje Franka, który wyprowadza Alfreda.
Akt II
Bal u księcia Orlofsky'ego. Zjawiają się upozowane na wielkie damy Adela i Ida. Zjawia się też sam gospodarz - potwornie zblazowany arystokrata. Jego mistrzem ceremonii i przewodnikiem po balu jest Falke. Notariusz przedstawia mu kolejnych uczestników przyjęcia. Wreszcie przychodzi "atrakcja wieczoru", czyli Eisenstein. Oczywiście przybył anonimowo - jako markiz Ferrosti z Argentyny. Skądkolwiek by nie był, aby odwdzięczyć się za zaproszenie, musi wysłuchać kilku "złotych myśli" Orlofsky'ego, w rodzaju: Cóż rządzi światem? Właśnie smak!. W pewnym momencie staje jak wryty: dostrzega wśród gości Adelę. Wyraża podejrzenie, że jedna z obecnych u księcia dam jest zwyczajną pokojówką. Taki pan jak pan, zagraniczny pan - oburza się Adela - nie powinien wysuwać tak niedorzecznych przypuszczeń. Przybywa ostatni ze spodziewanych gości: dyrektor Frank. Również on chce zachować incognito - przy tego typu okazjach pełniona przez niego funkcja mocno przeszkadza - zostaje więc przedstawiony jako Caballero Franconi z Buenos Aires. Razem z przerażonym Gabrielem musi odegrać scenkę wylewnego, argentyńskiego przywitania - ku radości pozostałych gości i złośliwej uciesze Falkego. W każdym razie zarówno Gabriel, jak i Frank mogą rozpocząć polowanie na ukochane "rybuchny", czyli baletniczki. Tymczasem na balu zjawia się nieoczekiwany gość - zamaskowana węgierska księżna. To Rozalinda, którą sprowadził Falke po to, by mogła na własne oczy przekonać się o niewierności męża. I rzeczywiście: już "na wejściu" dostrzega Eisensteina biegającego za popiskującą Adelą. Gabriel nie byłby Gabrielem, gdyby nie podjął takiego wyzwania, jak "zdobycie" węgierskiej księżnej. Co za skromność, wychowanie, co za talia, co za talent - już wkrótce komplementuje. Nie wie o tym, że smali cholewki do własnej żony! Wszystko zgodnie z planem Falkego, który chce się zemścić za figiel, jaki kiedyś spłatał mu przyjaciel: po suto zakrapianym balu przebierańców Eisenstein-motylek zostawił gdzieś na Praterze kompletnie pijanego Falkego-nietoperza. Rankiem biedak musiał wśród drwin mieszkańców przemaszerować w groteskowym przebraniu przez cały Wiedeń. Rozalindzie udaje się złapać mężulka w potrzask: podczas rozmowy zabiera mu zegarek, którym Gabriel zwykł czarować swoje "ofiary". Jednak wkrótce nie tylko Eisenstein naciska na to, by "księżna" zdjęła maskę. Może to wcale nie Węgierka - zastanawiają się goście. Rozalinda udowadnia im, że nie mają racji, śpiewając ognistego Czardasza. Czas jednak wnieść toast. W soczystym winnym gronie ogień boski płonie - rozpoczyna gospodarz. I już za chwilę wszyscy gromko śpiewają hymn na cześć złocistego płynu. I tylko Eisenstein i Frank muszą już, niestety, opuścić bal. Obowiązki wzywają. Ani Gabriel, ani dyrektor nie wiedzą, że cel ich drogi jest ten sam...
Akt III
Więzienie. Pijany w sztok dozorca Frosch usiłuje uciszyć Alfreda, którego śpiew jakoś nie wydaje się licować z powagą instytucji. Wchodzi Frank - ciągle pijany. Zamienia frak na mundur i wyczerpany zasypia za biurkiem. Budzi go Frosch, który ze zdumieniem dostrzega za oknem dwie damy. To Adela i Ida, które przyszły szukać u dyrektora protekcji. Adela chciałaby zostać aktorką. W roli skromnego dziewczęcia - śpiewa swoje kuplety, które mają przekonać Franka co do jej talentów. Tymczasem do drzwi puka Eisenstein. Frosch szybko wyprowadza "damy" z biura. Frank zdradza Gabrielowi swoją prawdziwą tożsamość. Ten chce się mu odwdzięczyć tym samym, jednak dyrektor oskarża go o kłamstwo. Przecież osobiście wyciągnął wczoraj Eisensteina z ramion małżonki i osadził w areszcie! Gabriel wysłuchuje tego z rosnącą podejrzliwością. Coś tu jest nie tak! Tymczasem na horyzoncie pojawia się Rozalinda. Frank woli ją przywitać osobiście - jeszcze przed wejściem do biura. Tu z kolei pojawia się Blind, sprowadzony przez Rozalindę, by bronił Alfreda. Gabriel wypycha go z pokoju, sam przebierając się za adwokata. Spotyka się z Rozalindą i Alfredem, usiłując wyciągnąć od nich całą prawdę na temat wczorajszego wieczoru. Kiedy "relacja" dochodzi do momentu romantycznej kolacji we dwoje, Eisenstein demaskuje się. Chce zrobić żonie awanturę, ta jednak zamyka mu usta pokazując... jego własny zegarek, dowód niewierności. Frank sprowadza gości balu z Falkem na czele, który wyjaśnia całą intrygę: twierdzi - ku wielkiej uldze Rozalindy - że nawet Alfred był podstawiony. Okazuje się więc, iż jedynym winowajcą jest Eisenstein. Skołowany, musi prosić żonę o wybaczenie. Rozalinda przyjmuje skruchę męża. Jeszcze tylko Orlofsky zgadza się zostać protektorem Adeli i już wszyscy jeszcze raz mogą złączyć się w tryumfalnym okrzyku: Wypijmy zdrowie wina!
JM

