"HIGH SCHOOL MUSICAL" ZWALA Z NÓG!
Na spektakl „High School Musical" śląscy teatromani czekali rok. Fani filmu Disneya, na punkcie którego wybuchło globalne szaleństwo w 2006 roku, nawet dłużej, bo Gliwicki Teatr Muzyczny od dawna zapowiadał, że jako pierwszy w Polsce przeniesie historię Troya i Gabrielli na scenę. Wczoraj wieczorem przekonaliśmy się, że warto było czekać! „High School Musical", czyli musicalowa wersja „Romea i Julii" dla nastolatek, wbija w fotel i zwala z nóg. Szaleństwo młodych ciał na scenie, dynamiczna muzyka ze świetnymi piosenkami i energia młodych artystów sprawiają, że spektakl będzie niewątpliwym hitem sezonu. Reżyser Tomasz Dutkiewicz dokonał niemożliwego. W zaledwie półtora miesiąca z ponad 40 młodych amatorów zrobił profesjonalnych aktorów musicalowych. Po raz kolejny przekonujemy się, że śląski teatr musicalem stoi. (...)
JAK AMATORSTWO ŁĄCZY SIĘ Z PROFESJONALIZMEM
„HIGH SCHOOL MUSICAL”. Filmowy hit ze studia Disneya przeniósł na sceną Gliwicki Teatr Muzyczny i podbił młodą widownię.
Tę bajkową prawdę Gliwicki Teatr Muzyczny podaje przekonująco, ale też spektakl ma zasadniczą zaletę: autentyczność. Wśród 25 wykonawców - oprócz dwojga aktorów w rolach nauczycieli oraz kilku tancerzy - na scenie są wyłącznie uczniowie lub początkujący studenci. Zdobyli już jakieś nagrody na festiwalach i w programach telewizyjnych, teraz otrzymali kolejną "szansę na sukces" w prawdziwym teatrze.
Wszyscy ją wykorzystali, siłą przedstawienia jest wyrównany poziom. Owszem, odtwórcy głównych ról - Agnieszka Mrozińska (Gabriella) i Mateusz Cieślak (Troy) - mają wyjątkową sceniczną naturalność, a Michał Korzeniowski (Ryan) rewelacyjnie tańczy, ale najlepsze są żywiołowe sceny zbiorowe. To zasługa reżysera Tomasza Dutkiewicza i choreografki Sylwii Adamowicz, ale i wykonawców. Widać, że wszystkim zależy na wspólnym sukcesie. Może są jeszcze zbyt naiwni i nie wiedzą, że kariera żywi się egoizmem?
Amatorstwo łączy się tu z profesjonalizmem, po dobrych scenach muzycznych czasami dają znać o sobie aktorskie braki, co jednak nie razi. Oglądamy przecież przedstawienie o licealnym teatrzyku. Ciekawe jednak, czy młodzi wykonawcy zachowają tak cenną spontaniczność, gdy przyjdzie im zagrać „High Musical" na przykład po raz dwusetny? A na to się zanosi. W Gliwicach stoją kolejki do kasy, na początku 2010 r. spektakl będzie można obejrzeć w łódzkiej Arenie oraz w warszawskiej Sali Kongresowej.
FILMOWA MIŁOŚĆ NA SCENIE
„High School Musical" - nazwę tę kojarzą nastolatki z całego świata. Jeden z najpopularniejszych filmowych hitów, który zadebiutował na małych ekranach 20 stycznia 2006 roku, doczekał się wreszcie adaptacji teatralnej w Polsce. Premiera sławnego musicalu miała miejsce w Gliwickim Teatrze Muzycznym 18 września 2009 roku.
Szalona miłość nastolatków, młodzieńcze spięcia i nieporozumienia oraz masa pozytywnej energii - to elementy układanki, które po złożeniu tworzą treść nowego musicalu Gliwickiego Teatru Muzycznego. Troy Bolton (Mateusz Cieślak) to szkolna gwiazda koszykówki, Gabriella Montez (Agnieszka Mrozińska) to nowa uczennica East High School. Co łączy tę dwójkę? Na pewno nie zainteresowania: ona jest nadzieją grupy szkolnych Mózgowców, on – lider Basketów. Dwa przeciwstawne obozy w odwiecznej rywalizacji o wpływy wśród szkolnej społeczności. Kto mógłby przypuszczać, że tych dwoje skrywa wspólną pasję, którą jest śpiew… W związku z castingiem do szkolnej sztuki „Julia i Romeo” Troy i Gabriella stają przed próbą siły swych charakterów, a także pod znakiem zapytania stawiają łączącą ich więź. Przyjaciele czasem mogą pomóc w takich sytuacjach, a czasem nieumyślnie zaszkodzić. Swoje wpływy wykorzystają też „złe charaktery” – Sharpay (Marta Florek) i Ryan Evans (Michał Korzeniowski). Jak skończy się cała historia, kto ostatecznie zagra główne role w szkolnej sztuce? Zobaczcie nowy musical Gliwickiego Teatru Muzycznego!
„High School Musical", zarówno w wersji telewizyjnej, jak i kinowej, odniósł pełen sukces, ale czy adaptacja sceniczna także okaże się hitem wśród polskich nastolatków? Premierowy pokaz zakończył się pełnym sukcesem. Pozytywne emocje, które emanowały ze sceny, udzieliły się także publiczności. Masa zabawnych zdarzeń, a także młodzieńczy entuzjazm wprawił wszystkich (widzów i aktorów) w dobry nastrój. Pytanie brzmi: Co będzie dalej?
Mówiąc o „High School Musical" nie można opędzić się od licznych porównać do filmowej wersji. Przede wszystkim dokonano pełnej stylizacji wizualnej aktorów na ekranowych bohaterów musicalu. Ciekawe były rozwiązania, jeśli chodzi o sceny, które na ekranie przedstawiano za pomocą montażu równoległego – zachowane zostały wszystkie ważne elementy, a akacja nie straciła na swej dramaturgii. Do niektórych scen włączone zostały dodatkowe elementy taneczne, które miały podkreślić wyjątkowość danej sytuacji, np. jej romantyczny nastrój poprzez delikatny taniec baletnic wśród oświetlonych smug dymu przy słyszalnym w tle śpiewie głównych bohaterów.
Jak wiadomo, bardzo ważne dla każdego musicalu są piosenki - tu w całości wykonywano w języku polskim. Teksty piosenek nie tylko oddawały nastrój panujący na scenie, ale także dopasowane zostały stylistycznie do języka używanego przez nastolatków East High School.
Porównania porównaniami, jednakże każda adaptacja powinna być oceniona indywidualnie. „High School Musical" gliwickiego teatru z pewnością zasługuje na szczególne zainteresowanie widzów z kilku powodów: po pierwsze - wprost emanuje pozytywną energią, po drugie - pozwala oderwać się od szarej codzienności, po trzecie - pokazuje miłość, która nie boi się przeciwstawić całemu światu, po czwarte - zwraca uwagę na więzi między przyjaciółmi, i wreszcie po piąte - uczy, że zawsze należy słuchać podszeptów serca.
Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko trzymać kciuki za młodych aktorów, a całą resztę zaprosić na nadchodzące przedstawienia.
RODZICE MOGĄ BYĆ DUMNI
Przekładana z powodu tournée po Europie widowiska „High School Musical: The Ice Tour", wyczekiwana przez młodzież i do niej skierowana, polska prapremiera „High School Musicalu" odbyła się właśnie w Gliwickim Teatrze Muzycznym. Od tego dnia każdy, kto kupił bilet na jeden z osiemnastu wrześniowych spektakli, może odwiedzić East High School - liceum, w którym uczy się Gabriella, Troy i ich przyjaciele.
Nie ma chyba ani jednego nastolatka w Polsce, który nie słyszałby o „High School Musicalu". Nawet jeśli nie widział filmu, nie był w kinie, a do najbliższego teatru ma trzy godziny drogi. Wystarczy udać się do jakiegokolwiek supermarketu, żeby trafić na kalendarz, plecak, długopis, czy kubek z logo musicalu, który wczoraj podbijał serca kolejnych fanów. Tym razem w Gliwickim Teatrze Muzycznym.
Reżyserii spektaklu podjął się Tomasz Dutkiewicz - dyrektor warszawskiego Teatru Komedia, który już podczas telefonicznej rozmowy z dyrektorem GTM - Pawłem Gabarą - zgodził się zrealizować „HSM" w Gliwicach. Aby przedstawienie było jak najbardziej autentyczne, odtwórców głównych ról wyłoniono podczas ogólnopolskich castingów w pięciu miastach, na które zgłosiło się niemal 1300 kandydatów. Wśród zwycięzców eliminacji znaleźli się debiutanci, a także osoby, które już wcześniej miały kontakt ze sceną. Jedno, co łączyło ich wszystkich to zaangażowanie i ogromny zapał, z którym podchodzili do prób. Teraz zaprezentowali efekty swojej pracy szerszej publiczności.
Przyznam, że miałam pewne obawy przed obejrzeniem spektaklu, ponieważ GTM nigdy wcześniej nie wystawiał sztuki, której obsada składałaby się tylko z trzech profesjonalnych aktorów (Katarzyna Wysłucha jako Profesor Darbus oraz występujący na zmianę Piotr Warszawski i Stanisław Witomski w roli Trenera Boltona). Jednak profesjonaliści realizujący gliwicki musical postarali się o to, aby debiutanci w niczym nie ustępowali swoim starszym kolegom. Sylwia Adamowicz zadbała o na tyle nieskomplikowane choreografie, by w przeciągu niespełna dwóch miesięcy zdążyli się ich nauczyć tak samo amatorzy, jak i osoby, które miały wcześniej do czynienia z tańcem. Stroną muzyczną zajęła się Ewa Zug, która związana jest z Gliwickim Teatrem Muzycznym już od pięciu lat. Ponadto, kostiumolog Ewa Gdowiok i scenograf Wojciech Stefaniak postarali się, aby widzowie naprawdę poczuli się jak w szkole, choć muszę przyznać, że w szkole niezwykle kolorowej, przyjaznej i, niestety, nieczęsto w Polsce spotykanej. Spektakl nie powstałby również bez Jacka Mikołajczyka, który zajął się przekładem libretta i tekstów piosenek na język polski. Zostawił jednak aktorom, jak sam powiedział, odrobinę wolności, aby mogli poprawić słowa, które być może zdezaktualizowały się już w nieustannie ewoluującej gwarze młodzieżowej.
Jeśli natomiast chodzi o najważniejsze osoby, czyli o debiutujących na scenie GTM nastolatków, trzeba im przyznać, że wypadli znakomicie, a co najważniejsze było widać ich starania i efekty wielu godzin prób. To wszystko zrekompensowało pewne braki, wynikające z niewielkiego doświadczenia - np. słaba dykcja kilku osób, zwłaszcza, kiedy mówili szybko lub akompaniowała im muzyka. Szczególną różnicę dało się zauważyć, gdy na scenie po raz pierwszy pojawiła się profesjonalna aktorka i zaprezentowała właściwe tempo i sposób wypowiadania kwestii. Jednak cała grupa występująca w spektaklu bardzo mile zaskoczyła mnie świetną umiejętnością radzenia sobie z tremą. Nawet osoby, które na początku spektaklu wydawały się zestresowane, po kilku scenach zachowywały się tak, jak gdyby spędziły połowę życia w East High School. Warto też zwrócić uwagę na parę odtwarzającą dwie główne role: Agnieszkę Mrozińską (Gabriella) i Mateusza Cieślaka (Troy), która mimo młodego wieku, poradziła sobie profesjonalnie. Byli wręcz zdecydowanie lepsi niż odtwórcy tych samych ról w wersji filmowej. Kolejna para zasługująca na brawa to Marta Florek (Sharpay) i Michał Korzeniowski (Ryan), którzy nawet gdyby próbowali, nie daliby rady ukryć faktu, że nie są amatorami, a udziałem w „HSM" nie debiutują na scenie. Poza czwórką głównych bohaterów słowa uznania należą się Justynie Ruszkowicz (Kelsi), która mimo mniejszej roli dała się poznać jako świetnie zapowiadająca się aktorka, a także pianistka. Już teraz można się spodziewać, że część obsady zwiąże swoją przyszłość ze sceną. Co więcej, nietrudno zauważyć osoby, które aktualnie są studentami szkół aktorskich czy teatralnych.
Mimo niezbyt skomplikowanej fabuły - wszak „HSM" opowiada historię dwójki nastolatków, która spotyka się w szkole, zakochuje z wzajemnością i odnajduje wspólną pasję wbrew początkowej woli rodziny i znajomych - jest to historia trafiająca do serc dorosłych, jak i dzieci, co dało się zauważyć, patrząc na bardzo zróżnicowaną i wyjątkowo młodą widownię GTM.
Najlepszym podsumowaniem jest fakt, że wieczór kończyło kilka bisów, owacje na stojąco i, już wcześniej zapowiadana przez reżysera, niesłychana ilość energii płynąca ze sceny. Nawet jeżeli część występujących miała tremę, czy problemy z dykcją, to warto było obsadzić spektakl młodymi osobami charakteryzującymi się - niespotykanymi w innym wieku - naturalną spontanicznością i żywiołowością. Po ponad dwóch godzinach wyczerpującego przedstawienia po żadnym aktorze nie było widać zmęczenia.
W „HSM" tkwi ogromny potencjał. Jest szansa, że za kilka lat spektakl zdobędzie tyle fanów, co jego filmowa wersja. A tego, że „HSM" przez ładnych parę lat nie zniknie z afisza Gliwickiego Teatru Muzycznego, jestem pewna, i jeszcze razem zaśpiewamy „Sto lat" z okazji setnego przedstawienia.
SPEKTAKL Z OWACJAMI
Owacją na stojąco i długimi brawami przyjęła publiczność Gliwickiego Teatru Muzycznego polską prapremierę musicalu „High School Musical” w reżyserii Tomasza Dutkiewicza.
(...) To właśnie w Gliwicach widzowie - jako pierwsi w Polsce – mieli okazję zobaczyć inscenizację disneyowskiego hitu „High School Musical” – opowieści o uczniach amerykańskiej szkoły, którzy realizują swoje marzenia. Jeżeli ktoś się zastanawiał czy decyzja o wystawieniu tego światowego już przeboju była słuszna, po obejrzeniu spektaklu musi przyznać, że tak. Nie ma wątpliwości, że ten musical będzie hitem, który przyciągnie tłumy, nie tylko nastoletnich widzów. Jak się dowiedzieliśmy, do stycznia na spektakle zostały już tylko pojedyncze miejsca. W przypadku konfrontacji z tak wielkim przebojem, znanym dzięki filmowej adaptacji praktycznie wszystkim nastolatkom, porównania są nieuniknione.
Reżyser, Tomasz Dutkiewicz, podkreślał, że atutem gliwickiego spektaklu jest jego autentyczność i spontaniczność. I faktycznie, gliwicki „High School Musical” to nie tylko sentymentalna opowieść o spełnianiu marzeń, ale także barwne porywające widowisko. Główna w tym zasługa młodych wykonawców, którzy do swojego zadania podeszli z wielkim entuzjazmem i pasją. W obsadzie widzimy głównie amatorów, choć niektórzy mają już za sobą pierwsze kroki na innych scenach muzycznych. Wybrano ich spośród 1300 chętnych w ogólnopolskim castingu. Młodzieńcza żywiołowość doskonale sprawdza się na scenie. Układy taneczne są dynamiczne i ogląda się je z prawdziwą przyjemnością.
(...) Zdecydowanie najwięcej zachwytów wzbudzała Marta Florek w roli Sharpay. Obdarzona niezwykłym temperamentem i komediowym talentem, stworzyła kreację, przy której filmowy pierwowzór wypada blado. Każde jej pojawienie się na scenie dodawało przedstawieniu humoru i dynamiki. Nawet będąc na drugim planie tworzyła prawdziwe aktorskie perełki. Doskonale partnerował jej Michał Korzeniowski jako Ryan. Ta para to prawdziwi bohaterowie wieczoru.
GLIWICKI "HSM" TO WYŻSZA SZKOŁA MUSICALU
Szaleństwo, energia, żywioł - tak najkrócej można opisać "High School Musical" w Gliwickim Teatrze Muzycznym. Nawet dorosła publiczność daje się porwać niesamowitej sile tego musicalu i entuzjazmowi młodych wykonawców.
High School Musical, czyli HSM to znana na całym świecie i uwielbiana przez nastolatki muzyczna opowieść o miłości Gabrielli Montez (w premierowym spektaklu Agnieszka Mrozińska, potem także Sara Chmiel) i Troya Boltona (Mateusz Cieślak i Rafał Szatan). Poznali się na sylwestrowym karaoke, a potem odnaleźli się w tej samej szkole. Na przeszkodzie młodzieńczej miłości stanęli jednak ich przyjaciele. Zarówno mózgowcy, do których należy Gabriella, jak i koszykarze, których kapitanem jest Troy, woleli, żeby zakochani skupili się na pracy zespołowej zamiast na wzajemnej fascynacji. Na szczęście wszystkie konflikty udaje się załagodzić dzięki musicalowi przygotowywanemu przez profesor Darbus (świetna, komediowa rola Katarzyny Wysłuchy). Uwieńczona happy endem miłość z przeszkodami i wpadające w ucho piosenki zagwarantowały "High School Musical" międzynarodowy sukces.
Sukces gliwickiego przedstawienia, który jest polską prapremierą musicalu, ma wielu ojców. Dobrą robotę wykonano już na poziomie tłumaczenia. Jackowi Mikołajczykowi, tłumaczowi libretta i piosenek, udało się uniknąć sztuczności, która bardzo często razi w przekładach młodzieżowej gwary. Nastolatki z East High School posługują się językiem, w którym dobrze wyważone zostały poprawna polszczyzna i slang. Ponadto Mikołajczyk zgrabnie wplótł w tekst kilka polskich akcentów (pojawia się np. aluzja do Pana Jaka To Melodia).
Taniec, scenografia kostiumy - wszystko zostało tak dobrane, żeby na pierwszy plan wybijała się niesamowita energia młodych wykonawców. Choreografia Sylwii Adamowicz jest nieskomplikowana, ale pełna dynamiki. Świetnie oddaje żywiołowość muzyki i temperament młodzieży. Czerpie z różnych stylów - odnaleźć w niej można elementy współczesnego tańca klasycznego, salsy, breakdance czy hip-hopu. Podobnie jest z kostiumami Ewy Gdowiok. To niby codzienne ubrania, jakie nosi młodzież na całym świecie, ale dzięki nim postać zostaje scharakteryzowana zanim jeszcze mamy okazję ją poznać. Tutaj też dominuje różnorodność, która rysuje szeroką perspektywę szkolnych osobowości - od radiowca w stylu emo, przez zakompleksioną kujonkę, aż po szkolną gwiazdę. Scenograf Wojciech Stefaniak postawił na funkcjonalność - za pomocą kilku ruchomych elementów łatwo zmienia się przestrzeń gry.
Młodym aktorom energii nie brakuje, ale to zasługa reżysera Tomasza Dutkiewicza, że udało mu się ją ujarzmić. Nie tylko nauczył ich prawideł rządzących musicalem, ale także doskonale potrafił wykorzystać ich pasję i potencjał. Pod jego wodzą czterdziestka, do niedawna w większości jeszcze amatorów, stała się profesjonalnym zespołem teatralnym. "Kochane bachory" - jak pieszczotliwie nazywał ich reżyser - zagrały spektakl o tym, co dla nich zwyczajne, a jednocześnie ważne. O zabawie, szkolnych problemach, ale przede wszystkim o młodzieńczej przyjaźni i miłości, które są w stanie pokonać uprzedzenia.
Aktorów gliwickiego HSM trudno oceniać indywidualnie. Ich siła tkwi bowiem w grze zespołowej. Każdy w równym stopniu pracuje na końcowy efekt. Naturalnością urzeka para głównych bohaterów: Agnieszka Mrozińska i Mateusz Cieślak, ale też Aleksandra Adamska jako charakterna liderka mózgowców Taylor, Andrzej Skorupa w roli niezbyt rozgarniętego koszykarza Chada czy Zeke Marcina Wojciechowskiego pracujący nad idealnym creme brulée. Moim osobistym odkryciem spektaklu okazała się Marta Florek znana z ról w chorzowskim Teatrze Rozrywki. Tutaj jako szkolna gwiazda Sharpay objawiła swój talent komediowy. Ale wszyscy po równo stworzyli perfekcyjne przedstawienie.
WSPANIAŁY SPEKTAKL BEZ PRETENSJI
(...) Tomasz Dutkiewicz i Sylwia Adamowicz okazali się znakomitymi profesjonalistami, doskonale czującymi jak należy poprowadzić młody zespół, będący konglomeratem różnych scenicznych doświadczeń jednych i naturalnego wdzięku innych, zawsze jednak prawdziwie żywiołowym i pełnym marzeń o scenie dawno już zapomnianych przez aktorskie wygi. Chwała więc twórcom spektaklu za to, że zdecydowali się pokazać to wszystko, co łatwo można było stracić plącząc się w niuansach, ustawiając sceny perfekcyjnie pod względem kompozycji, szlifując technikę aktorską. Nie znaczy to bynajmniej, że te elementy były szczególnie słabą stroną widowiska. Nie, młodzi aktorzy, których widzieliśmy nie mogą jedynie zapomnieć, że przed nimi jeszcze ogrom pracy. A potem... zapewne dla wielu światła dużych scen.
Co takiego w HSM sprawiło, że będąc raczej ostrożnym w wyrażaniu zachwytów, poddałem się magicznej wymianie energii podczas owacji na stojąco? Pozytywne przesłanie! Pośród zalewających ekrany i sceny teatralne ponurych wizji na temat kondycji świata i człowieczeństwa, pośród ogólnego tumiwisizmu, marazmu i czego tylko, nagle pojawia się przekaz prosty jak młodzieżowy język, jasny jak dwa razy dwa i wypełniony energią, która momentami przypomina ADHD. Tak właśnie było z filmami spod znaku HSM, tak jest ze spektaklem. Młodzi odbiorcy być może poczują nawet, że przekaz jest dość banalny, fabuła przemielona przez dziesiątki scenicznych młynków, ale jednak, paradoks, tak to właśnie czasem w życiu jest! Szanowni Państwo, czyż nie są banalne, a jakże serio jednocześnie szkolne batalie o pozycję i prestiż? Czyż nie uśmiechamy się, wspominając nasze pierwsze miłości? Trochę naiwne, ale piękne. Nasza młodzież nie chce być dorosła wtedy, kiedy rodzicom to pasuje. Ona chce dorastać. I właśnie ten pęd dorastania, wibrujący rytm dojrzewania, temperatura emocji - to wszystko stało się tematem gliwickiej premiery HSM.
Od strony teatralnej? Jest dobrze. Aktorzy nie są zmanierowani, reżyser nie pozwolił na gwiazdorstwo, atmosfera wspólnego wysiłku emanuje ze sceny. Świetna Agnieszka Mrozińska w roli Gabrieli, może troszeczkę sztywno rozpoczynająca spektakl, ale potem rozkwitająca delikatnie jak niezapominajka. Troy, Mateusz Cieślak dotrzymuje jej kroku. Naturalny, bez zadęcia, ma zadatki na świetnego aktora. I ich duety! Bardzo dobrze współbrzmiące głosy budują liryczny nastrój w najlepszym stylu i wzruszają prawdziwie. Marta Florek, Sharpay, Michał Korzeniowski, Ryan, Aleksandra Adamska, Taylor, Andrzej Skorupa, Chad - im również należą się wyrazy największego uznania. I słów kilka o pozostałych kreacjach. Moi Drodzy „nie z pierwszego planu”, jesteście HSM w takim samym stopniu jak soliści. Bez Waszego wkładu i doskonałej pracy, stałby się on składanką piosenek i duetów na tle żywej scenografii. Dzięki Wam jest Spektaklem!
Kilka słów do autora polskiego tekstu, Jacka Mikołajczyka. Jak zwykle kawał dobrej roboty. Jasny przekaz w warstwie słownej, to jego zasługa. Ale ja o czym innym. Autor zastanawiał się nad tym, że spektakl jest fenomenem dla młodej części publiczności. Pozwolę sobie na małą dygresję. Trafi tak samo do tej starszej części. Młodzi oglądają na scenie siebie. Starsi, zobaczą młodzież taką, jaką zawsze chcieliby ją widzieć. Może nawet uwierzą, że ona właśnie taka jest. Ot, magia teatru.
I końcowa dygresja odautorska. Balet wykonał w spektaklu ogromną pracę. A uśmiech Sabiny Langner... Cóż, zapraszam wszystkich na HSM do GTM. Naprawdę warto!
ŻAR MŁODZIEŃCZYCH CIAŁ
Powiem tak: High School Musical będzie hitem. Na piątkowej premierze młodzi aktorzy niemal roznieśli scenę Gliwickiego Teatru Muzycznego. Reżyser Tomasz Dutkiewicz i choreografka Sylwia Adamowicz dokonali cudu – w miesiąc stworzyli ekipę, która radzi sobie z musicalem całkiem nieźle.
(...) Przed ekipą było trudne zadanie: niezwykle dynamiczne układy choreograficzne, partie wokalne wymagające wyrobionych głosów, gra aktorska. Realizatorzy – od choreografki, poprzez reżysera i kierownika muzycznego dokonali cudu. Młodzi pokazali profesjonalny musical, który ani przez chwilę nie nudzi. Ogląda się go z przyjemnością. Muzycznie spełnił się także band pod dyrekcją Adama Mazonia. Na piątkowej premierze w roli Troya wcielił się Mateusz Cieślak, a Gabrieli – Agnieszka Mrozińska. Fajnie się ich oglądało, byli naturalni, jak to nastolatki. Mateusz, brawo, udało ci się z tańcem. Agnieszko, gratulacje, jesteś stworzona do tej roli. Sharpey (Marta Florek) i jej brat Ryan (Michał Korzeniowski), szkolni gwiazdorzy, którzy wszystkim i wszystkimi kręcą, na pewno zapadną w pamięć – ich postacie są niezwykle wyraziste. Dorośli Profesor Darbus (znakomita Katarzyna Wysłucha) i trener Bolton (Piotr Warszawski) dodają musicalowi aktorskiego pieprzu. Proszę zwrócić uwagę na sceny zbiorowe, kipią żywiołowością. Dawno nie czułam w tym budynku takiego enztuzjazmu.
WYŻSZA SZKOŁA MUSICALU
(...) Reżyser Tomasz Dutkiewicz uznał, że przy doskonałym w swojej klasie oryginale nie ma co majstrować. Nie szukał drugiego dna, ambitnych przesłań i aluzji, ale zafundował widzom naprawdę dobrą zabawę. Udało się. W dużym stopniu dzięki fantastycznemu zespołowi młodych aktorów wybranych w castingu (dla większości z nich był to sceniczny debiut). Świetnie tańczą, ujawniają zaskakujące zdolności aktorskie, w większości dobrze śpiewają. Ale przede wszystkim emanują tak wielką, naturalną pozytywną energią, że nawet najbardziej nieufny widz w końcu ulega i nawet nie wie, kiedy daje się wkręcić w rozgrywający się na scenie iście szekspirowski dylemat: grać w koszykówkę czy śpiewać w szkolnym musicalu.
MŁODOŚĆ, AUTENTYCZNOŚĆ I BRAWURA
(...) Realizatorzy polskiej prapremiery postawili wysoko poprzeczkę i młodym artystom udało się ją brawurowo przeskoczyć. Kto nie wierzy, niech się przekona. Pop-przebój wcale nie musi być przemieloną, komercyjną papką, ale kawałkiem niezłego teatru.
(...) Gliwicka ekipa dzielnie zniosła ciężar słynnego pierwowzoru. Młodzi świetnie tańczą, grają, śpiewają, serwując widzom brawurowe widowisko. Mnie ciekawiło najbardziej to, czy będą autentyczni, bo jak wiadomo młodzież (choć przedział wiekowy na widowni bywa ogromny) jest wyczulona na podróby. Sztuka obłaskawienia wymagającej widowni nie udałaby się, gdyby nie stał za tym Tomasz Dutkiewicz, dyrektor warszawskiego Teatru Komedia.
Na scenie wielbiciele filmowej wersji swoich ulubieńców rozpoznają bez trudu. Gabriella (Agnieszka Mrozińska, pochodzi z Zawiercia, studiuje w Warszawie) i Troy (Mateusz Cieślak) bawili i wzruszali, ale najważniejsza w tym spektaklu była gra zespołowa. Sympatyczni, fajni, zwłaszcza Gabriella (słodka, śliczna, dynamiczna), nie stawiają jednak kropki nad i. Za to wyraziste i podbarwione umiejętnościami komediowymi kreacje stworzyli ich sceniczni "konkurenci", Marta Florek (studentka katowickiej Akademii Muzycznej) w roli Sharpay i Michał Korzeniowski jako Ryan. Podobnie jak Aleksandra Adamska z Katowic, która mocno i wyraźnie zagrała Taylor.
W Gliwicach znane przeboje artyści zaśpiewali po polsku. I to było wyzwanie. - Pracowałem w przekonaniu, że to musi być ich język, dopiero wówczas będą się ze spektaklem identyfikować - mówi Jacek Mikołajczyk, kierownik literacki gliwickiej sceny, który dokonał przekładu i napisał teksty piosenek. Jak przyz naje, chętnie przyjmował sugestie młodego zespołu. Udało się, piosenki i dialogi brzmią dobrze. Teksty są naturalne, bliskie młodym, nie robione na siłę.
Opracowania choreografii (też świetnej, porywającej) podjęła się Sylwia Adamowicz, a kierownictwo muzyczne należało do Ewy Zug. Scenografia jest autorstwa Wojciecha Stefaniaka, nad kostiumami pracowała Ewa Gdowiok. Także dzięki nim mocną stroną spektaklu okazała się autentyczność.
"High School Musical" to także widowisko dla rodziców. Zawsze warto wiedzieć, czym aktualnie żyją dzieciaki, co je kręci i kim są osoby, których plakatami są obwieszone są ich pokoje. Spektakl przynosi też ważne przesłanie: wsłuchaj się w swojego zbuntowanego nastolatka. I nie szukaj na siłę dla niego drogi życiowej.
ZNACZNIE POWYŻEJ OCZEKIWAŃ
(...) Czy fabuła jest tym, co przyciąga tłumy widzów na pokazy HSM, czy melodyjne piosenki, czy wreszcie znani bohaterowie, których emocje chcemy przeżyć jeszcze raz - nie jest to takie istotne. Tym, co rzeczywiście w przedstawieniu wydaje się ważne jest nieporównywalna z niczym obsada, za sprawą której nawiązuje się miedzy widownią a sceną to, znane wszystkim, szczególne porozumienie.
Trudno uwierzyć, że sześciotygodniowa zaledwie praca zaowocowała tak znakomicie. Scena kipi od nadmiaru energii, nie widać śladu "zużycia" czy zmęczenia młodych wykonawców. Doskonale opanowana forma aktorstwa musicalowego (zawieszona w pół drogi miedzy Stanisławskim a Brechtem) również nie jest im obca. Znakomicie tańczący i śpiewający aktorzy, choć zróżnicowani na frontmenów/solistów i grupę wspierającą, działają jak jeden organizm, wspierani przez orkiestrę GTM. Warto podkreślić też, że wszyscy wykonawcy, oprócz wyrazistości scenicznej byli również znakomicie przygotowani technicznie. W zasadzie nie zdarzył się moment, by śpiewane na scenie słowa były dla widza niezrozumiałe - nawet w dużych scenach chóralnych, tych najtrudniejszych do technicznego opanowania. Przyjemność płynąca z rozumienia tekstu to niezwykła rzadkość na polskiej scenie musicalowej. Tym większy szacunek należy się gliwickim wykonawcom, tym większy wstyd z tej lekcji dla aktorów zawodowych.
Nieuczciwe wydaje się wymienienie któregokolwiek artysty z nazwiska i jednocześnie pominięcie innego. Tworzą zgrany zespół, ich obecność na scenie nosi znamiona lekkości i rzadko spotykanej radości z wykonywanej pracy. Efekt ostateczny, jakim jest pokaz spektaklu, staje się dzięki temu radosną zabawą formą i przekazem wielkich ilości pozytywnej energii. Każdy pełnoletni widz wychodząc z przedstawienia ma pełne prawo poczuć się po prostu staro!
Spora w tym wszystkim zasługa reżysera, który mądrze pokierował zgrają nastolatków, czerpiąc z ich energii inspirację do powstania widowiska tak organicznie splecionego z aktorami, że wydaje się, jakby było ono oparte o ich prywatne doświadczenia.
HSM kierowany jest do młodych widzów, tych zwłaszcza, których dotknęła mania pierwszych części filmowego hitu. Ci też najżywiej reagowali zarówno w trakcie spektaklu, jak i po nim. W żadnym polskim teatrze muzycznym nie widziałem tak licznej grupy fanek czekających przed wyjściem dla aktorów, nie słyszałem tak głośnych pisków, jak te, którymi powitano Mateusza Cieślaka. Wreszcie: nigdzie średnia wieku fanek nie była tak niska. Znakomity chwyt marketingowy GTM, jakim był wybór tego konkretnego tytułu, stał się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza w dalszej perspektywie - może przecież wychowywać dla tej konkretnej placówki przyszłą widownię teatralną, która dzięki HSM dowiaduje się, że "teatr muzyczny" nie oznacza tylko, że "gruba baba śpiewa".
Z PRZODU LICEUM...
Czy są w Polsce takie licea, w których młodzież jest w stanie wystawić spektakl muzyczny? W USA są i na kanwie takiej historii powstał sympatyczny "High School Musical" świętujący sukcesy w Ameryce, ale w przełożeniu na język polski krążący także po naszym kraju. Gliwicki Teatr Muzyczny przeprowadził casting wśród uzdolnionej aktorsko, wokalnie i tanecznie młodzieży, zaangażował pedagogów, reżysera, choreografa i tak powstał spektakl o przejrzystej, optymistycznej fabule, żywej dramaturgii, pełen ruchu, rytmu i autentycznego, młodzieżowego entuzjazmu, za to bez jednego "brzydkiego słowa", bez trawki i śliskiego seksu. Na przedstawieniach np. w warszawskiej Sali Kongresowej połowa publiczności to dzieciarnia w różnym wieku, dla której muzyczna opowieść o dzielnych licealistach może być prawdziwą podporą kultury, motywacji i wyobraźni. To niemało, choćby w porównaniu z ofertą TVP.

