TEATR MUZYCZNY PRZENIÓSŁ BROADWAY NA ŚLĄSK
"Ragtime" to musical inny niż wszystkie: bez ckliwej miłości, happy endu i traktujący o poważnych sprawach. Gliwicki Teatr Muzyczny znów z powodzeniem przeniósł Broadway na Śląsk
Wydawać by się mogło, że ta historia będzie czarno-biała. Za świadomy akt wandalizmu (zniszczenie czyjegoś samochodu) i za przypadkowe zabicie niewinnej kobiety sprawcy powinni ponieść karę. Prawo okazuje się jednak być zależne od koloru skóry sprawcy i ofiary. Witamy w Ameryce, która nerwowo pulsuje w rytmie rag.
Gliwicki Teatr Muzyczny odważnie wybrał "Ragtime" (na podstawie powieści Edgara Laurence'a Doctorowa i z muzyką Stephena Flaherty'ego) jako kolejną polską prapremierę broadwayowskiego przeboju.
Tytuł odmienny jak na musical: bez ckliwej miłości, częstego żartu, happy endu, dominującego duetu, za to wielowątkowy, barwny od postaci fikcyjnych i historycznych, z nutą tragizmu i poważną tematyką (rasizm, niesprawiedliwość, wyzysk, zbrodnia, nędza, terroryzm). Przed realizatorami stanęło ogromne wyzwanie. O sukcesie zadecydowała spójność ich wzajemnych myśli i pomysłów.
Klatka po klatce, ujęcie po ujęciu Maria Sartova (reżyseria i inscenizacja) w filmowej konwencji zmontowała kolejne epizody musicalu w krótki film o wielokulturowej Ameryce. Jak na dużą produkcję przystało, każdy kadr powstał tu w wyniku spotkania różnorodnych talentów. Marcel Sławiński (dekoracje) sprawił, że rampa z ruchomymi schodami była z powodzeniem statkiem, poddaszem i stadionem. Wystarczyły drobne detale określające miejsce, jak neonowe szyldy przypominające klimat amerykańskich ulic.
Magdalena Tesławska dodała do całości swój niepowtarzalny krój, z kostiumów czyniąc tu osobne dzieło, warte oglądania w najdrobniejszych szczegółach.
W historyczną podróż do początku XX wieku po inspirację wyruszyła także Elena Bogdanovich - znana rosyjska choreografka, której taniec, tak jak tytułowy ragtime, jest oddzielnym bohaterem musicalu. Od ciał pulsujących w rytmach dusznego klubu w Harlemie, przez zmysłowe tancerki kabaretowe po efektowną mechaniczną etiudę pracowników przy taśmie w fabryce Henry'ego Forda. Urzeka różnorodność choreograficznych rozwiązań, choć wykonanie pozostawia czasem odrobinę do życzenia. Czasami brakowało tanecznej synchronizacji.
Jeżeli przymknąć oko (lub raczej ucho) na akustyczne problemy podczas premierowego spektaklu, wieczór można uznać za wyjątkowo udany także za sprawą grona solistów. Jaromir Trafankowski zagrał charyzmatycznego dżentelmena ze skazą - Coalhouse'a, ciemnoskórego pianistę, w którym po morderstwie ukochanej rodzi się nienawiść i gaśnie miłość do muzyki. Partnerująca mu Wioletta Białk (Sarah) równoważyła temperament Coalhause'a delikatnością (szczególnie w duecie "Na kołach snu" czy "Sary oczy").
Jest też szczególna postać tej realizacji - Tateh, żydowski imigrant, który przybywa do Ameryki z małą córeczką. Michał Musioł stworzył najbardziej wzruszającą postać wieczoru. Jedną z tych, której chce się wierzyć mimo teatralnej fikcji. Obok niego Maria Meyer w roli nieskazitelnej Matki, która latami kumuluje w sobie emocje, czekając na jedną chwilę samotności i dając upust uczuciom w przejmującej piosence "Był kiedyś czas".
Z doborowego towarzystwa solistów rozczarowała jedynie Oksana Pryjmak, której Evelyn Nesbit - historyczna, prowokacyjna gwiazda wodewilu - gaśnie na gliwickiej scenie, zanim zdążyła na dobre rozbłysnąć. Osobne brawa należą się najmłodszym aktorom: Chłopcu Iwo Plazy i Dziewczynce Jagody Matujewicz za sceniczną swobodę wśród doświadczonych aktorów, z którymi przyszło im snuć amerykańską, rodzinną sagę.
Wydawać by się mogło, że ta historia będzie czarno-biała, tymczasem powstał spektakl wielu barw, odcieni charakterów, muzycznych plam i kontrastów tańca z cenną paletą wzruszeń.
SEN O AMERYCE USYPIA
(...) Kilka elementów z gliwickiej inscenizacji „Ragtime’u” zapada w pamięć. Przede wszystkim świetna choreografia Eleny Bogdanowicz, realizatorki m.in. musicalu „Nord Ost” wystawionego w moskiewskim teatrze na Dubrowce. Sceny zbiorowe są sugestywne, dynamiczne, a ułożona przez nią sekwencja w fabryce Forda – wprost genialna. Z przyjemnością patrzy się i słucha Marii Meyer (Matka), która ostatnio rzadko ma okazję grania tak znaczących ról na rodzimej scenie. Kolejny raz niezwykły talent potwierdziła Wioletta Białk w roli młodej Murzynki Sarah, ukochanej Coalhouse’a. Jej duety z Jaromirem Trafankowskim (Coalhouse’em) są porywające. Wzrusza Michał Musioł w roli Tateh, ucieleśniającego amerykański sen o karierze ubogiego imigranta, który stał się grubą rybą przemysłu filmowego. Elżbieta Okupska w roli Emmy Goldman pokazała siłę interpretacyjną swego głosu, choć tym razem jej postać została sprowadzona do symbolu anarchistycznej bezkompromisowości. O wiele większe możliwości miał Kamil Kulda (Młodszy Brat) i znakomicie je wykorzystał.Czy „Ragtime” ma szanse na innych polskich scenach? Raczej nie, ale dobrze, że dzięki Gliwickiemu Teatrowi Muzycznemu mamy okazję poznać to trudne i nietypowe dla gatunku dzieło.
SUKCES PRAPREMIERY
Trzy godziny to niewiele, by pokazać narodziny współczesnej Ameryki. Ale reżyser Maria Sartova ("Hello, Dolly!", "42nd Street") poradziła sobie z tym doskonale. Być może, to właśnie ograniczenie czasowe wpłynęło na niezwykłą spójność, dynamikę i ekspresję spektaklu.
(...) Zespół współpracujący przy tworzeniu dzieła "Ragtime" - reżyser (Maria Sartova), choreograf (Elena Bogdanovich), kierownik muzyczny (Tomasz Biernacki), odpowiedzialni za dekoracje Marcel Sławiński i kostiumy - Magdalena Tesławska, a przede wszystkim muzycy i aktorzy przekazali widzom mocną mieszankę uczuć związanych z nędzą i bogactwem, a także miłością i spowodowaną jej utratą nienawiścią. Pokazali wzloty i upadki składające się na inne dzieło - życie człowieka. Trudno byłoby przekazać te wszystkie emocje bez muzyki. Bez śpiewu. Bez Oksany Pryjmak, która wystąpiła w podwójnej roli - mruczącej "a oui" Ewelin Nesbit i rozdzierającej serce historią swojego życia i głosem Sahar. Doskonała charakteryzacja, wcielająca tę piękną i niewątpliwie uzdolnioną aktorkę raz w niedostępną gwiazdę wodewilu, a następnie w czarnoskórą, naznaczoną przez los kobietę, sprawiła, że bliższe przyjrzenie się kobiecie-kameleonowi z perfekcyjną dykcją było możliwe dopiero w niedzielę - podczas XXV Spotkania Krakowskiego Salonu
(...) Autor zamieszczonej w "The New York Limes" recenzji "Ragtime" napisał, że "ten musical powalił na kolana broadwayowską publiczność i pogrążył ją w niekłamanym dla niego uwielbieniu". Gliwicka publiczność natomiast powstała z foteli i dała długi koncert owacji na stojąco.
GLIWICE TO JEDNAK NIE BROADWAY...
W piątkowy wieczór długo oczekiwane wydarzenie artystyczne stało się faktem. Od tej chwili na deskach GTM będzie można zobaczyć i usłyszeć jak rodziła się nowoczesna Ameryka. Czy taka okazja okaże się atrakcyjną dla nas? Czas pokaże…
(...) Cóż, sam jestem miłośnikiem jazzu, zatem nie straszna mi synkopa i z prawdziwą radością usłyszałem muzykę „Ragtime” z kilkoma prawdziwymi perełkami (Sarah, Tateh). Znów jednak muszę z obawą spytać – czy ta muzyka porwie polską publiczność? To pytanie pozostawię bez odpowiedzi przyznając, że nie jestem optymistą i obawiam się, że „Ragtime” dla nas będzie tym samym, czym dla brodwayowskiej publiczności byłoby zaprezentowanie jej, słynnej niegdyś „Gałązki rozmarynu”, na której premierze miałem okazję być przed wielu laty w gdyńskim Teatrze Muzycznym. Dla nas droga „Pierwsza brygada” i legionowa epopeja, dla amerykańskiej publiczności byłaby jedynie egzotyką.
(...) O świetnym przekładzie Jacka Mikołajczyka już wspomniałem. Do takiej muzyki nie pisze się łatwo, a tym trudniej się teksty przekłada. To co usłyszeliśmy, to mistrzostwo! Aktorzy. Znakomita Sarah, świetni Matka (Maria Meyer) i Tateh (Michał Musioł), rewelacyjna Emma Goldman (Beata Okupska) – oni wszyscy równoważą z nawiązką kilka obsadowych potknięć (np. odstający od reszty Harry Houdini – jego „arietka” była muzycznym żartem, mam nadzieję?). Komendant straży pożarnej, wywodzący się z GTM Junior, okazał się strzałem w dziesiątkę! Podobnie elektryzująca widownię, słodko naiwna Evelyn Nesbit.
(...) Znakomita druga część spektaklu! Zwłaszcza na początku świetnie potęgowana atmosfera obawy i miejskiej sensacji.
DO (K)RAJU TEGO...
(...) Dzięki serii filmowych projekcji wykorzystanych w tej inscenizacji, przewijających się raz po raz udało się twórcom przywołać klimat jaki mógł panować na ulicach ówczesnego New York City. Projektor kolejno wyświetla urywki filmów z tamtego czasu: czarno-białe migawki ulic i budynków przeplatają się z prekursorskim filmami i animacjami. Za niedługo śpiewak z Jazzbandu wyśpiewa na ekranie melodię zwiastującą erę nowego, dźwiękowego kina. Ale na razie panuje epoka niemej kinematografii, "ruchobrazki" robią za oceanem zawrotną karierę - dlatego też Tateh - jeden z pierwszoplanowych bohaterów musicalu (wyrazista kreacja Michała Musioła) - pierwszy pomysłodawca kreskówek pnie się do góry po drabinie społecznej jako bogaty filmowiec. Sztuka, oprócz Tateh'a i jego córeczki - żydowskich emigrantów - ma jeszcze kilku równorzędnych bohaterów: czarnoskórego krzewiciela ragtime'u w nowojorskich klubach, wspomnianego desperata Coalhouse'a i jego kobietę Sarę (rewelacyjna rola i wokal Wioletty Białk) oraz bogatą rodzinę przedsiębiorcy, gdzie na pierwszy plan wysuwa się konflikt uczucie i litość (Matka - najlepsza partia w tym musicalu śpiewana i odgrywana przez Marię Meyer) kontra racjonalność i wygoda (Ojciec). Do tego syn - obwieściciel katastrofy, jaką przyniesie I wojna światowa.
Historie trójki rodzin poprzetykane są życiorysami gwiazd sceny politycznej oraz rozrywkowej z tamtych lat: jest magik, gwiazda estrady, lewicująca działaczka, przemysłowiec - założyciel marki Forda. Losy wszystkich bohaterów krzyżują się nawzajem, ich wspólne, a zarazem tak inne doświadczanie amerykańskiej rzeczywistości złoży się na wielobarwny, niejednoznaczny i nieco irytujący obraz ówczesnego życia oraz szołbiznesu. Obserwujemy również (a może przede wszystkim) przemianę lekkoducha Coalhouse'a, w idealistę-marzyciela, a potem w terrorystę, którym stał się na skutek wyrządzonej mu krzywdy. Jak się skończy historia, kiedy jeden człowiek walczy z całym światem, każdy może się domyślić. Rozwojowi nieszczęśliwych wypadków towarzyszy rozgorączkowany, rozedrgany, przesączony wolnością, zabarwiony nutką dyletanctwa i filozofią "tumiwisizmu" ragtime - równie ważny bohater sztuki. Ukłon należy wykonać w stronę kierownika muzycznego gliwickiego teatru, całego zespołu orkiestry oraz śpiewaków, bo - mimo problemów związanych z nagłośnieniem - udało im się wyczarować atmosferę amerykańskiej metropolii. Niewątpliwie sukcesem tej inscenizacji jest umiejętne wkomponowanie tak rozbuchanego i tętniącego energią musicalu w ramy tak małej przestrzeni scenicznej, jaką dysponuje GTM - ze szczególnym smakiem zostały rozegrane sceny zbiorowe (świetna scena w fabryce Forda, przybycie emigrantów, czy sceny na ulicach Nowego Yorku). Równie skromnie, acz pomysłowo została pomyślana scenografia - kadłub statku wraz z schodami jest jednocześnie strychem, sektorem na boisku, czy podwórzem Harlemu. Wszystko od czasu do czasu okraszone kabaretowymi lampeczkami (szczerze powiedziawszy dość kiczowatymi - no ale w musicalu nie może zabraknąć tego typu "dekoracji").
W przypadku tej realizacji "Ragtime'u" mamy do czynienia z podwójną warstwą znaczeniową: pierwsza z nich odnosi się do Ameryki i Nowego Yorku przełomu wieków XIX i XX oraz zapowiada późniejsze (historyczne już) wydarzenia (jak choćby te związane z zabójstwem Martina Luthera Kinga). Na tę warstwę zostaje naniesiona druga płaszczyzna sensów, która poprzez serię licznych, ciekawie zainscenizowanych obrazów i słów piosenek (dosyć śmiałych i prowokacyjnych) odwołuje się do współczesnej rzeczywistość, znanej nam z wszechobecnych serwisów informacyjnych (na przykład świetnie odegrana scena podczas meczu piłkarskiego) oraz przywołują dzieje dzisiejszych emigrantów (proszę przypomnieć sobie wypadek polskiego emigranta na kanadyjskim lotnisku) i desperackie czyny terrorystów (tym razem przybywających ze Wschodu). W ten sposób udało się twórcom przynajmniej po części zdiagnozować stan pewnej zapaści, w jakim znajduje się świat XXI wieku - a miało w przyszłości być tak pięknie - jak wyśpiewują wszyscy bohaterowie w finalnej, bardzo "amerykańskiej" scenie musicalu.
Kto lubi oglądać opowieści o typowo amerykańskiej karierze od zera do milionera (klasyczny przypadek Tateh'a), kto oczekuje od teatru jawnej satyry polityczno-społecznej na otaczający świat i ludzi, no i kto lubi klimat zbliżony do tego panującego w filmach Woody'ego Allena - temu zapewne przypadnie do gustu najnowsza propozycja Gliwickiego Teatru Muzycznego.
TO, CO NAJMOCNIEJSZE, WYSZŁO Z ORYGINAŁU
"Ragtime" to wielowątkowa opowieść z początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Patronuje jej amerykański sen, historia od pucybuta do milionera, postęp techniczny, ale i rozczarowanie tym najwspanialszym z krajów, brak uczciwej płacy dla rzesz robotników, próby emancypacji czarnej części ludności i tchnienie I Wojny Światowej. Bohaterom towarzyszy ragtime, muzyczny powiew wolności z czarnych dzielnic Harlemu, z którego królowaniem, nie mogą się pogodzić, konserwatywnie nastawieni członkowie społeczeństwa.
Zachwycają, następujące po sobie sekwencje wydarzeń. Akcja, spowalniana jedynie lirycznymi momentami, brawurowo mknie naprzód, oddając ducha postępu i szybkość zmian, jakie dokonywały się na początku XX wieku. Historia amerykańskiej rodziny sukcesu, łączy się w pewnym momencie z życiem czarnej dziewczyny i jej dziecka, co pozwala pokazać niechęć białej Ameryki do jej czarnej części. To spotkanie zmienia całą rodzinę, pozwala spojrzeć na kochany kraj bardziej świadomie. Jej losy pokazane są równolegle z epizodami z życia sławnych postaci tamtego okresu: Emmy Goldman, Henrego Forda, P.J. Morgana. Goldman jest rzeczniczką robotniczej Ameryki, Ford i Morgan inicjatorami postępu, ale i wyzysku. Fascynująca jest ta wielogłosowość. Ameryka ukazana jest w swej pełni: doskonałościach i niedociągnięciach. Gdy towarzyszymy historii sukcesu biednego emigranta z europejskiego sztetla, przyglądamy się jednocześnie tym, którzy zostali odesłani z powrotem, gdyż okazali się obywatelami gorszej kategorii.
Wielką siłą "Ragtime'u" jest muzyka. Motyw przewodni należy do genialnie zapadających w ucho utworów i każde jego pojawienie się sprawia słuchowi przyjemność. Lecz, jak powiedział kolega po drugiej premierze, za mało jest ragtime'u w "Ragtimie" i trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Ożywcze dźwięki prekursorskiej dla jazzu muzyki, pojawiają się za rzadko, by oddać to pozytywne szaleństwo i odmienność w stosunku do tego, co było. W dodatku jest to muzyka na orkiestrę. Żałuję, że nie na bardziej jazzowy skład i czad. Brak mi choćby porywającego fortepianu. Ta dysproporcja, ten brak dają ciekawy efekt - nie wiem, czy zamierzony - interpretacyjny: czujemy, jak trudno się było przebić muzyce duszy, emocji, jak trudno zerwać kajdany poprawności. Słyszymy echa starego, które za nic nie chce odejść.
Wśród drugiej obsady, występującej podczas drugiej premiery, należy wspomnieć o świetnych głosach: Matki, Sary, Coalhousa i Młodszego Brata Matki.
Zmierzch starej epoki jest widoczny również w kostiumach, szczególnie kobiecych. Przedstawicielki białej klasy wyższej noszą luźne długie suknie w delikatnych kolorach, do tego wielkie kapelusze i parasolki, chroniące damy przed niemodną (aż do XX wieku) opalenizną. Czarne dziewczyny z Harlemu ubrane są już w sukienki do kolan, obcisłe, mieniące się kolorem dodatków. Strój, który dzisiaj ma dużo mniejsze i inne znaczenie, wtedy mówił o klasie właściciela, pozycji i posiadaniu. Dlatego elegancko i niekrzykliwie ubrany czarnoskóry Coalhouse Walker, dodatkowo posiadacz samochodu, obraża białą społeczność. Jest "czarnym, który nie wie, że jest czarny", a to rodzi konflikt.
Zmianą elementów scenografii zajmowali się na bieżąco, milczący mężczyźni w robotniczych kostiumach. Stali się dzięki temu łącznikami pomiędzy klasą robotniczą z początku XX i XXI wieku. Swoją obecnością potwierdzali słuszność walki o ich prawa, wtedy i dziś. Pośrodku sceny stał mostek, który spełnił wszelkie role - od pokładu statku do piętra domu. Do niego dołączane były schody, wykorzystane m.in. jako trybuny na meczu bejsbola. Oprócz tego grały nieliczne, ale sugestywne przedmioty. W tle projektor wyświetlał to zdjęcie nowojorskiej ulicy, to inne, potrzebne w danej chwili obrazy. Genialnym posunięciem było przedstawienie sceny w sądzie w scenerii kabaretowej. Zeznająca żona, gwiazdka z charakterystycznym "łiiiiiiii", prężyła swoje wdzięki w rewiowym kostiumiku.
Choreografia miała kilka fantastycznych odsłon. Wymieniony kabaret w sądzie, scena z pracownikami fabryki Forda, którzy zamienili się w tłok maszyny, taniec bejsbolistów, sprawiały niesamowite wrażenie, które kontrastowały z przeciętnością reszty ustawień i ruchów aktorów.
"Ragtime" jako historia broni się sam. To rewelacja. Wszystkie elementy: scenografia, śpiew, choreografia itd., mają swoje mocne strony, świetne pomysły. Ale nie sposób się oprzeć wrażeniu, że bywają chwile, w których nie dzieje się nic ciekawego. Nie sposób nie przyznać, że w tym trzygodzinnym spektaklu, po przerwie w drugiej części jest moment, gdy akcja się ciągnie, nic się nie dzieje, aż do chwili, która rozpoczyna koniec. Zauważam, że to, co wyszło z oryginału: pomysł powieści, muzyka, to jednak najmocniejsze atuty musicalu.

