loading
Szukaj na stronach GTM
Strona główna Powrót

Recenzje - Carmen

GLIWICKA "CARMEN" W SZEKSPIROWSKIM DUCHU

Inscenizacja opery Bizeta w reżyserii Pawła Szkotaka to sceniczna maskarada, karnawałowa igraszka bohaterów ze śmiercią i gra teatralną konwencją w szekspirowskim duchu. Niestety, wszystkie bilety na czerwcowe spektakle wyprzedano.

Jednym ze źródeł opery jest przecież renesansowa maskarada czasu karnawału. Czasu, kiedy odwraca się ustalony porządek, kiedy rządzą namiętności, szaleńczy śpiew i taniec. Czasu, w którym wierni mężowie ulegają kochankom, a najbardziej pobożne żony stają grzeszne.

Carmen ofiaruje Don Josému czerwoną różę niczym "kwiatem z purpurową plamą, zraniony strzałą kupida" ze "Snu nocy letniej", tym samym zaklinając jego miłość. W jednej chwili ten zwykły żołnierz porzuca ukochaną Micaëlę i przeradza się w kochanka o sile namiętności Romea. Miłość wyśpiewuje swojej Julii jednak nie na balkonie, ale na wojskowej wartowniczej platformie.

Nieprzypadkowo w drugim akcie na jednym ze stolików gospody wędrowni lalkarze odegrają marionetkami scenę śmierci kochanków z aktu czwartego: Carmen w czerwonej sukni i Don José w czerni. W tę niezwykłą noc przesilenia rozochocony i roztańczony tłum poniesie na rękach upojonego toreadora Escamilla, a wojskowi będą zażywać rozpusty z miejscowymi dziewczętami. U kresu karnawałowej rozpusty do tańca przyłączy się wywróżona kartami Śmierć - pojawiającą się pod postacią czarnego byka na szczudłach, pchającego przed sobą taczkę-trumnę.

"Carmen" jest operowym debiutem Szkotaka, który wykorzystał z jednej strony poprzednie doświadczenia widowisk plenerowych Teatru Biuro Podróży, z drugiej doświadczenia scen dramatycznych, traktując z natury sztuczne, operowe partie jako dialog tragedii. Specyficzną, bo surową i zdewastowaną, przestrzeń Ruin Szkotak wykorzystał jako pobojowisko wojny domowej, przenosząc akcję opery do Hiszpanii lat 30. Półkolista, dwupoziomowa, opuszczona scena stała się doskonałym światem, w którym swobodnie miesza się to, co ludzkie i rzeczywiste, z tym, co metafizyczne i wyimaginowane. Oryginalna, reżyserska wizja operowego widowiska nie mogłaby się powieść, gdyby nie wyjątkowy artystyczny zespół. Gwiazdę polskiej sceny operowej, mezzosopranistkę Małgorzatę Walewską, można śmiało posądzić o magiczne moce wokalne. Jej zmysłowa w tańcu, demoniczna w groźbie i łagodna w miłości Carmen oczarowała publiczność, która nagrodziła solistkę owacją na stojąco. Nie mniejsze uznanie zdobyli panowie: włoski tenor Marcello Bedoni jako opętany miłością kochanek Don José i jego rywal, pełen ekspresji Escamillo (w tej roli Rafał Songan). Muzyczną intensywność zagwarantowały zgromadzone na scenie Ruin trzy zespoły wokalne, w tym chór chłopięcy oraz zespół pod batutą Tomasza Biernackiego. Dla melomanów i teatromanów, którzy czekali na powiew świeżości w repertuarze operowym, gliwicka "Carmen" to wyborna propozycja na wysokim poziomie.

Aleksandra Czapla, "Gazeta Wyborcza", 05.06.2006

TRAGEDIA MIŁOSNA OPOWIEDZIANA INACZEJ

Paweł Szkotak zrealizował spektakl oryginalny i trzymający w napięciu nawet tych, którzy dobrze znają utwór Bizeta.

Coraz częściej opera porzuca swe siedziby i stałą, wierną jej publiczność. Najpopularniejsze tytuły wystawia się dziś również na stadionach lub scenach specjalnie montowanych na świeżym powietrzu, anektuje się dla operowych potrzeb zabytkowe amfiteatry i nietypowe wnętrza. Cel jest zawsze ten sam - zachęcić nowych widzów do kontaktu z tą sztuka. I niemal wszystkie przedsięwzięcia obciążone są tym samym grzechem: kuszą efektowną oprawą, ale owe wielkie widowiska są pozbawione treści i interpretacyjnych niuansów.

Paweł Szkotak, wystawiając "Carmen" w dawnym poniemieckim teatrze w Gliwicach, spalonym przez Rosjan u schyłku II wojny światowej, uniknął taniego, inscenizacyjnego błysku. Zrobił spektakl prawdziwie teatralny, wykazując się rzadką już dzisiaj umiejętnością precyzyjnego prowadzenia głównych bohaterów oraz różnicowaniapostaci drugiego i trzeciego planu. Wykorzystał doświadczenia zdobyte przy realizacji słynnych widowisk plenerowych Teatru Biuro Podróży, dlatego ważną rolę odgrywa tu ogień i woda, są lalkarze i aktor na szczudłach. Każdy z tych pomysłów doskonale wpisuje się jednak w mroczną opowieść, jaką jest "Carmen".

Prawdziwym aktorem przedstawienia jest też samo wnętrze gliwickiego teatru. Widzów posadzono na scenie, akcja rozgrywa się na dawnej widowni. Surowa cegła murów współtworzy klimat mrocznej i tragicznej miłości, a wykorzystanie resztek dawnych balkonów i lóż pozwala prowadzić zdarzenia równolegle na kilku planach. I tylkoprzeniesienie akcji z wieku XIX w czasy wojny domowej w Hiszpanii wydaje się nieznaczącym ozdobnikiem, niedodającym niczego do wnikliwej koncepcji reżysera. To tylko efekt panującej mody, nakazującej uwspółcześniać każdą klasyczną operę.

W rolach głównych wystąpili: Małgorzata Walewska i Włoch Marcello Bedoni, którzy już kilkakrotnie na polskich scenach wcielali się w Carmen i Don Josego. W przypadku polskiej śpiewaczki nie była to jedynie powtórka dawnej kreacji, Małgorzata Walewska umiała skorzystać z uwag reżysera i dzięki temu portret jej bohaterki zyskał wiele dodatkowych niuansów. Jej partner nie wyszedł natomiast poza schemat operowego amanta. Znacznie lepiej od niego zaprezentowała się operetkowa gwiazda Gliwic - Małgorzata Długosz (Micaela).

Obok Pawła Szkotaka drugim bohaterem spektaklu okazał się zespół Gliwickiego Teatru Muzycznego, specjalizujący się na co dzień w innym repertuarze. Kontakt z wielkim dziełem operowym zakończył się sukcesem zespołów z Gliwic - chóru, tancerzy, muzyków.

"Carmen" w gliwickich ruinach na razie jest grana do czwartku, ale dyrekcja teatru obiecuje już kolejne spektakle. Chętnych jest bowiem wielu.

Jacek Marczyński, "Rzeczpospolita", 06.06.2006

URODZAJ NA "CARMEN"

Takiej sytuacji jeszcze nie było ani w naszym regionie, ani w Polsce. Ba, nie słyszałam o podobnym przypadku nigdzie. W odległości 20 kilometrów i w ciągu jednego tygodnia dwa teatry wystawiły premierowe spektakle pt. "Carmen". Dyrektorowie Opery Śląskiej w Bytomiu (premiera 27 maja) i Gliwickiego Teatru Muzycznego (premiera 2 czerwca) zastrzegają, że dawno wpadli na ten pomysł. Każdy twierdzi, że on był pierwszy.

Z racji warunków przedstawienia są bardzo różne. Za to przy takim urodzaju, już nikt na Śląsku nie może powiedzieć, że nigdy nie słyszał o Carmen - Cygance, która kocha tylko przez chwilę, a z miłości do niej mężczyźni gotowi są nawet zabić.

Reżyser Paweł Szkotak opery wprawdzie jeszcze nie reżyserował, ale ma doświadczenie w robieniu wielkich widowisk teatralnych, szczególnie w nietypowych przestrzeniach. Taką właśnie otrzymał w tym wypadku - ruiny Teatru Miejskiego w Gliwicach [na zdjęciu]. Nie ma tu zapadni ani sceny obrotowej, ale jest klimat. Widzów usadził więc na scenie, a artyści pojawili się w miejscu przeznaczonym na widownię. Nie trzeba było dużej wyobraźni, by skojarzyć je z okrągłą areną corridy. Dodatkowo reżyser miał do wykorzystania poziom parteru i dawnego balkonu, co uczynił bardzo skrupulatnie. Szkotak stworzył superwidowisko. Wyszedł z założenia, że opera to nie tylko coś dla ucha, ale i dla oka. Dodał więc: lalkarzy, szczudlarzy, połykaczy ognia. Nie przeładował przestrzeni. Zostawił miejsce na oddech, życie i sporo zaplanowanej naturalności. Akcję przeniósł w czasy hiszpańskiej wojny domowej, z początków XX wieku.

Gwiazda w roli głównej

Gliwicki Teatr Muzyczny udostępnił mu najlepszych solistów, zarówno własnych, jak i gościnnych. Mowa tu przede wszystkim o Małgorzacie Walewskiej, gwieździe światowych scen operowych. Jest artystką największego formatu, nie tylko obdarzoną cudownym głosem, ale i wielkimi zdolnościami aktorskimi. W roli Don Jose partnerował jej Włoch Marcello Bedoni, który oprócz pięknego głosu miał jeszcze jedną, ważną szczególnie dla Walewskiej, cechę. Był wyższy od niej, a to jest rzadkością u tenorów. Stworzył ciekawą i przekonującą postać. Za to po raz pierwszy spotkałam się z takim przedstawieniem Escamilia (Rafał Songan), który zawsze do swojego słynnego marszu wchodzi w glorii i chwale zwycięzcy, pogromcy byków. Tu wniesiono go na stole, upitego tryumfem i winem. Może aktorsko nieco przeszarżował, ale zarówno jego śpiew, jak i postać bardzo podobały się publiczności. Oczywiście GTM wystawił także swoich solistów. Jako Micaelę zobaczyliśmy Wiolettę Białk. Chociaż mam obawy, czy to na pewno rola dla jej pełnego blasku, ale lżejszego sopranu. Muszę jednak przyznać, że nie ustąpiła pola importowanym gwiazdom. Nie tylko jako śpiewaczka, ale i pełna wyrazu aktorka.

Scenografka Izabela Kolka ciekawie zaadaptowała surowe wnętrze teatru w ruinach. Karkołomne schody połączyły dwa piętra i dały jeszcze jedną przestrzeń do rozgrywania akcji.

W sumie w spektaklu występuje 140 osób: soliści, chór, balet i orkiestra GTM, zespoły wokalne katowickiej Akademii Muzycznej i cudowny chór dziecięcy Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Gliwicach. Chcąc uniknąć zbytniego tłoku, reżyser umiejscowił część chóru na balkonie. Jego członkowie nie siedzą jednak nieruchomo, ale są częścią widowiska, żywo reagując na akcję. Zarzucono też tradycyjne sceny baletowe; występy tancerzy są także częścią rozgrywającej się akcji. Autorem subtelnej choreografii jest Jacek Badurek. Trzeba też koniecznie zwrócić uwagę na lalkarzy. To Marek Dindorf i Piotr Gabriel. Atrakcją jest też szczudlarz Bartosz Borowski, który jako byk ginie na arenie od ciosów Escamilia.

Teraz albo za rok

Najtrudniejsze zadanie postawiono jednak przed Tomaszem Biernackim, kierownikiem muzycznym widowiska. Zespoły wokalne miał za plecami, a orkiestrę przed sobą. Opanowanie tego było nie lada wyzwaniem, także dla śpiewaków, bo często nie widzieli dyrygenta. Jeżeli jednak nawet kilka razy dało się to odczuć w sferze muzycznej, to i tak całość przedstawienia zacierała drobne wpadki. Gliwicka "Carmen" to megaspektakl. (...)

Regina Gowarzewska-Griessgraber, "Dziennik Zachodni", 07.06.2006

MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ W RUINACH

2 czerwca był wielkim dniem dla Gliwickiego Teatru Muzycznego. Na premierę opery Georges`a Bizeta "Carmen" czekano z niecierpliwością nie tylko w Gliwicach. Oczekiwanie opłaciło się - w piątkowy wieczór publiczność zgromadzona w Ruinach była świadkiem niezwykłego widowiska operowego. Gwiazdy sceny operowej, śmiałe rozwiązania sceniczne, dynamiczna i pełna temperamentu muzyka. Gratulacje dla całego zespołu!

Dyrektor GTM Paweł Gabara, podobnie jak Paweł Szkotak, reżyser opery "Carmen", mogą odetchnąć z ulgą. To, co sobie wymarzyli, spełniło się. Ruiny stały się na kilka godzin miejscem, w którym skrzyżowały się emocje różnych temperatur. Choć pogoda nie oszczędziła publiczności, było zimno i na premierę trzeba było zimno i na premierę trzeba było ciepło się ubrać, to na scenie iskrzyło - od muzyki, tańca i śpiewu w znakomitym wykonaniu.

Bilety na premierowy wieczór i pozostałe spektakle wyprzedano już miesiąc wcześniej. Kolejki publiczności ustawiały się przed wejściem do RUin na godzinę przed rozpoczęciem spektaklu. Scena i widownia zamieniły się rolami. Taki zabieg niewątpliwie uatrakcyjniał widowisko, sprawił jednak nieco kłopotu widzom. Musieli wspinać się po wąskich drewnianych schodkach, przeciskać między rzędami i uważać podczas poruszania się po sali. Ale niewygody opłaciły się.

W gliwickiej inscenizacji tej najbardziej znanej bizetowskiej opery odnaleźć można wiele odniesień i symboli - historycznych i kulturowych. Widniejąca na kurtynie reprodukcja słynnego dzieła Picassa "Guernica", akcja rozgrywająca się podczas wojny światowej w Hiszpanii - to bez wątpienia odniesienia do historii. Przestrzeń Ruin, tak bardzo naznaczona wojną, mimo że wypełniła się muzyką, wciąż stanowi dla nas ostrzeżenie. Paweł Szkotak, reżyser "Carmen", wykorzystał motyw wojny bardzo dyskretnie, nie epatując tragedią, podkreślając jedynie, że niesie okrucieństwo, zniszczenie i śmierć.

Na czas gliwickiej premiery premiery przypadła i rocznice: 131. rocznica śmierci twórcy "Carmen" - G. Bizeta, setna rocznica wystawienia tej opery właśnie w nieistniejącym już teatrze Victoria i 10. rocznica wskrzeszenia do artystycznego życia - dzięki staraniom Fundacji Odbudowy Teatru Miejskiego - Ruin.

Czteroaktowa opera przez prawie cztery godziny przykuwała uwagę publiczności. - Fantastyczne pomysły - szeptała siedząca tuż za mną pani, oczarowana tak partiami głosowymi, jak i pomysłami reżysera czy scenografa. W gliwickiej "Carmen" zderzają się dwa światy - teatralny i operowy - i dzięki umiejętnością realizatorów (reżysera, autorki scenografii - Izabeli Kolki i choreaografa - Jacka Badurka) przenikają się, stanowiąc wspaniałe uzupełnienia. Pokazują, że królowa sztuk - opera - może czerpać z teatru pełnymi garściami, zaś teatr może zyskać dzięki wspaniałej muzyce i nietuzinkowym głosom.

Miłość i śmierć - to główne bohaterki gliwickiej realizacji. Są blisko siebie, towarzyszą sobie. Od jednej do drugiej tak blisko, wydaje się, ba zyskuje pewność zaraz w pierwszym akcie, że jedna będzie przyczyną drugiej. Miłość i śmierć - obie biorą się z emocji, namiętności. Pogrążając się w miłości, zatracamy siebie, a kiedy chcemy się wyzwolić, jest to możliwe tylko poprzez śmierć. Wiedzą o tym dobrze i Carmencita i Don Jose - główni bohaterowie "Carmen".

Opera przenosi nas w czasy wojny domowej w Hiszpanii, w lata 30. Bohaterów poznajemy na placu ćwiczeń wojskowych, towarzyszymy im w akcie II w tawernie, potem podczas przemytu broni - akt III - by w finale, w akcie IV być świadkami śmierci Carmen. Każdy fragment przestrzeni Ruin jest zagospodarowany, opera - której słuchamy w języku francuskim - rozgrywa się na kilku poziomach i choć widz, dosłownie bombardowany akcją, może poczuć się nieco zdezorientowany mnogością doznań, szybko łapie tempo. Przygotowana przez Izabelę Kolkę scenografia sprawiła, że w przestrzeni Ruin nie było miejsca, które nie miałoby w "Carmen" jakiegoś znaczenia. Śmiałe rozwiązania, typu olbrzymie płachty z nadrukowami roznegliżowanych pań rodem z przedwojennych fotoplastykonów, osłaniających to, co dla naszego oka mogłoby być gorszące czy zupełnie porste, jak drewniane schody, przyczyniły się do nadania operze tonu i barwy teatralnej. Interesującą, aczkolwiek karkołomną była scena w akcie III, kiedy to grupa partyzantów przekrada się z bronią, oświetlając sobie drogę lampkami. Paweł Szkotak, twórca poznańskiego Teatru Biuro Podróży, nie mógł nie zastosować w gliwickiej inscenizacji rozwiązań plenerowych - w akcie IV pojawia się więc byk - szczudlarz.

Maestro Tomasz Biernacki, prowadzący tak orkiestrę Gliwickiego Teatru Muzycznego, jak i Zespoły Wokalne Akademii Muzycznej w Katowiach wraz z chórem chłopięcym, miał do spełnienia arcytrudne zadanie. Wywiązał się z niego bardzo dobrze. Słowa uznania należą się oczywiście Zespołowi Wokalnemu Akademii Muzycznej, występującemu w podwójnej roli - chóru i widzów.

Jej mezzosopran miał mocne, ciepłe brzmieni. Wspaniale zaśpiewała swoje partie. Klasa sama w sobie. Carmen w interpretacji Małgorzaty Walewskiej, wybitnej polskiej mezzosopranistki, nie jest bezmyślną flirciarą, lekkoduchem. Jej Carmen to kobieta dojrzała, świadoma swoich możliwości, wiedząca, czego chce. W miłości oddana bez reszty, ale i bez reszty wymagająca - albo miłość, albo... śmierć. Walewska dobrze czuła się w przestrzeni Ruin, jej kreacja jest swobodna, widać także ogromny temperament śpiewaczki. Marcello Bedoni (Don Jose), związany z Teatrem Wielkim - Operą Narodową w Warszawie, to naprawdę atrakcyjny mężczyzna, zadbany i wysportowany. Głosowo bez zarzutu, choć wejście w pierwszym akcie nieco słabsze. Niestety, jego Don Jose był trochę bez wyrazu, za bardzo zdominowany przez partnerkę. Unikający konfrontacji, której ta rola wymagała. Wyborny głos Małgorzaty Długosz (Micaeli) - choć pojawia się ona tylko dwa razy - sprawił, że jej wejścia były wyraziste i emocjonalne. Brawo pani Małgorzato!

Małgorzata Lichecka, "Nowiny Gliwickie", 07.06.2006

SUKCES "CARMEN" W RUINACH

Zachwycona publiczność przez sześć wieczorów gorąco oklaskiwała najnowszą inscenizację "Carmen" Georgesa Bizeta, wystawioną przez zespoły Gliwickiego Teatru Muzycznego w malowniczych ruinach spalonego przed pół wiekiem poniemieckiego teatru. Zainteresowanie jest tak duże, że już teraz na 15 i 16 września zapowiedziano na dwa kolejne przedstawienia.

Gliwicka "Carmen" jest oryginalną inscenizacją zrealizowaną przez debiutującego w operze Pawła Szkolaka, który konsekwentnie i logicznie budował napięcie, co rusz zaskakując widza jakimś nowym pomysłem znakomicie wpisującym się w całość opowieści o dramacie Cyganki kochającej wolność. Przenosząc akcję w okres wojny domowej w Hiszpani, uniknął tradycyjnej cepeliady i stworzył prawdziwy teatr, w którym bohaterowie zeszli z operowego koturnu. Na scenie mamy prawdziwe postaci z krwi i kości, z całym bagażem ich negatywnych i pozytywnych emocji. Właśnie umiejętność wykorzystania specyfiki miejsca oraz budowania gęstniejącej atmosfery i konsekwentnego prowadzenia bohaterów dramatu są jednym z najważniejszych atutów tego przedstawienia.

Ruiny gliwickiego teatru okazały się wręcz idealną, wymagającą tylko drobnej aranżacji, scenografią. Reżyser zmienił tradycyjny układ sceny i widowni: na dawnej scenie zasiedli widzowie, a przypominająca arenę widownia stała się miejscem akcji. Okazało się to zabiegiem wyjątkowo korzystnym, bo przez wykorzystanie resztek balkonów pozwalającym dynamicznie poprowadzić akcję jednocześnie na dwóch przenikających się planach. Świetnym pomysłem było umieszczenie na bocznym balkonie części chóru jako obserwatora i komentatora dziejącej się poniżej akcji. Równie wysoko oceniam finał, w którym na balkonie dokonywał się dramat miłości Carmen i Don Josego, a na dole, w przyciemnionych światłach, Escamilio toczył swój zwycięski bój z bykiem. Pomysł wprowadzenia do akcji pary marionetek również się sprawdził

W oglądanym przeze mnie przedstawieniu partię Carmen śpiewała Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, Don Josego - Janusz Ratajczak. Tytułowa bohaterka w ujęciu Kaczmarzyk to pełna życia i świadoma swojego uroku kobieta. Od strony aktorskiej buduje kreację dyskretnym aktorstwem bez jakichkolwiek przerysowań i zbędnych gestów, ale z delikatnym dystansem. Z prawdziwą satysfakcją słuchałem głosu o pięknej barwie i ciepłym zmysłowym brzmieniu prowadzonego naturalnie i z pełną swobodą. Dzielnie usiłujący dotrzymać jej kroku Janusz Ratajczyk również stworzył przekonującą kreację nieszczęśliwego kochanka. Szkoda tylko, że nie wytrzymał kondycyjnie i w ostatnim akcie zaczęły się pojawiać problemy wokalne. Pięknie śpiewała Małgorzata Długosz, nadając dziewczęcy urok i wdzięk postaci Micaeli. Z podziwem obserwowałem niemal kaskaderskie popisy Rafała Songana śpiewającego na rozstawionych stołach słynne kuplety torreadora. Jednak jego kreacji przydałoby się nieco więcej hiszpańskiego temperamentu.

Wysoko należy też ocenić poziom muzyczny gliwickiej "Carmen", wypracowany przez Tomasza Biernackiego, który prowadził przedstawienie precyzyjnie, z właściwym temperamentem i dynamiką, co nie było łatwe, gdyż reżyser umieścił orkiestrę z boku sceny, a dyrygent, stojący, tyłem lub bokiem do solistów, miał z nimi ograniczony kontakt.

Adam Czopek, "Nasz Dziennik", 05.06.2006

"CARMEN"

Inscenizacja Carmen Georga Bizeta to dla reżysera nie lada wyzwanie. Szczególnie, gdy przygotowuje przedstawienie dla publiczności w mniejszym ośrodku, która o operze ma dość wyrobione, acz raczej konserwatywne zdanie. Widowisko winno być wszak barwne i melodramatyczne, najlepiej z protagonistką przywdzianą w piękną, czerwoną suknię z obfitymi falbanami i Escamillem w efektownym stroju toreadora, całość zaś zgrzebnie wykonaną galą operowych szlagierów. 

W spektaklu przygotowanym przez Gliwicki Teatr Muzyczny, reżyser Paweł Szkotak tylko po części zaspokoił tradycyjne gusta widzów. Owszem, zrealizował przedstawienie spektakularne, atrakcyjne wizualnie, na scenie zaś umieścił – a jakże - żelazne atrybuty hiszpańskiej opowieści, wszelako ambicja stworzenia spektaklu żywego, z prawdziwą emocjonalnością, ustrzegła architekta wydarzenia przed kiczem scenicznej cepelii. Były więc dramaturgiczny rozmach i drobiazgowo konstruowane postaci, barwna corrida oraz hiszpańskie stroje i starannie budowane relacje międzyludzkie. Z wielką sprawnością uzyskany kompromis między teatrem efektu a intymnością wewnętrznych przeżyć bohaterów, pozwoliły Szkotakowi podjąć próbę odarcia postaci z papieru i nadanie im rysów autentyczności. 

Do odtworzenia roli tytułowej teatr zaprosił Małgorzatę Walewską. Wydawało się, że artystka tego formatu, doskonale znająca partię Carmen, w Gliwicach zaprezentuje się zjawiskowo, będzie bezdyskusyjną primadonną przedstawienia. Niestety, interpretacja śpiewaczki, której nazwisko miało być gwarancją muzycznego i komercyjnego sukcesu, była nierówna. Walewska nader często nieczysto intonowała, nie potrafiła odnaleźć się w żwawym tempie spektaklu, gubiła dźwięki i nieprecyzyjnie realizowała rytmiczne figury. Szczególnie słabo artystka wypadła w piosence z kastanietami, a i w trzech słynnych duetach z Don Josèm miała chwile słabości. Mimo licznych niedoskonałości, trudno jednak zarzucić śpiewaczce brak wyczucia Bizetowskiej frazy, bo nawet jeśli zdarzały się jej potknięcia, Walewska nie traciła rezonu, aktorskim rytmem odwracała od nich uwagę i rychło zacierała niedobre wrażenie.

Niemal w każdej minucie przedstawienia czuć było, że scena to żywioł Walewskiej. Jej Carmen to kobieta dojrzała, choć bezsprzecznie piękna, o usposobieniu modliszki, a jednocześnie bardzo nieszczęśliwa. Doświadczona w miłosnych grach, odbierająca przyjemność od mężczyzn tylko w chwilach jej odpowiadających i potrafiąca swoje atuty bezpardonowo wykorzystać, kusiła ponętnym tańcem, ognistym spojrzeniem i burzą niepokojąco rudych włosów. Jednak o ile ten erotyzm w stylu retro - z dzisiejszej perspektywy mocno ujarzmiony, przypominający literackie sprawozdania z dziewiętnastowiecznych burdeli Paryża - mógł rozpalić do czerwoności przaśnego, korpulentnego Zunigę (pocieszny Ryszard Smęda), to trudno sobie wyobrazić, by Walewska wygrała bitwę o serce przystojnego żołnierza z młodziutką Micaëlą.

Szczególnie, że niewinnie zmysłowa Wioletta Bałk – odtwórczyni rywalki demonicznej Carmen, dysponowała krystalicznie czystym głosem, anielsko miękkim, którym już to łagodnie kreśliła miłosne frazy w I akcie, już to z drżeniem o los narzeczonego, próbowała przekonać zadurzonego w niebezpiecznej kobiecie Don Josègo do powrotu z przemytniczej drogi (akt III). Bez wątpienia Wioletta Białk okazała się prawdziwym odkryciem spektaklu. Ze swoją sceniczną swobodą i muzyczną wrażliwością pozostawiła w tyle innych śpiewaków.

Również i Marcello Bedoniego – włoskiego tenora, który wcielił się w postać fatalnego kochanka Carmen. Rola Don Josègo wymaga bowiem głębokiej psychologicznej analizy, a nie tylko odśpiewania nut ładnym głosem. Wprawdzie reżyser – z wykształcenia przecież psycholog – dość zręcznie prowadził postać Bedoniego, zwłaszcza w III akcie artysta pokazał szeroką paletę emocji, ale nie udało mu się do końca wyeliminować maniery śpiewaczej typowej dla włoskiego operowego amanta. Dlatego też w ostatnim akcie, kulminacji dramatu, raziła ckliwość melodycznych linii, dobra na początku dzieła, acz tutaj już nieodpowiednia.

Frywolny sposób bycia Escamilla, mistrza corridy, lekkoducha, który na moment został zniewolony przez Carmen, świetnie oddał Rafał Songan. Zgrabnie zaśpiewany kuplet na tawernianych stołach w II akcie, zakłócała tylko kiepska dykcja śpiewaka, bodaj jedyny rys na świetnie przygotowanej roli.

Wyjątkową wartością scenograficzną przedsięwzięcia, wyraźnie działającą na korzyść twórców spektaklu, była przestrzeń, w której grano przedstawienie. Ruiny Teatru Miejskiego w Gliwicach okazały się doskonałym partnerem zarówno muzyki Bizeta, jak i wizji artystycznej Szkotaka. Ceglane ściany niegdysiejszej widowni, betonowe filary, metalowe drzwi z niewybrednym graffiti i druciane kikuty zbrojenia nadały całości wyraz surowy, a jednocześnie bardzo realny, bliski. Subtelna gra świateł podkreślała kolejno eksploatowane fragmenty teatru, z drewnianymi schodami o niemal rewiowym kształcie w centrum sceny. Oszczędnie dodawane w poszczególnych aktach sprzęty, co rusz zmieniały funkcję przestrzeni, a jedynym stałym elementem był chór, zajmujący prawą lożę przeznaczoną dla przedwojennych elit Gliwic i orkiestra.

Umieszczenie akcji w Hiszpanii z pierwszych lat dyktatury generała Franco, czasie dominacji armii i kwitnącej szarej strefy cygańskich przemytników, przysłużyło się operze. Atmosfera konspiracji, wdzięcznego tła dla nieszczęśliwej miłości, podnosiła temperaturę wydarzeń. Już pierwsze pojawienie się Carmen na scenie zapowiada niezwykły dynamizm narracji. Kłótnia pracownic cygar, chaos jaki wprowadzają żywiołowe kobiety w leniwie toczące się koszarowe życie, zasługuje na wyróżnienie. Nieuchronność zbliżającej się śmierci Carmen, odzwierciedlał z kolei znakomicie skonstruowany akt III. Początkowy karciany tercet z refleksyjną Walewską i dobrymi Anitą Maszczyk (Frasquita) oraz Jolantą Kremer (Mercèdes), płynnie przechodzi w niekończący się nocny marsz z kontrabandą przy świetle kaganków. I wreszcie tragiczny finał dzieła. Walka byków na sewilskiej arenie w wykonaniu kuglarzy na szczudłach, ujarzmiających druciane potwory rodem z prac Picassa. Scena zabójstwa, tak krytycznie niegdyś przyjęta przez paryską publiczność, mroziła krew w żyłach.

Że powstał spektakl udany, z porywającą dramaturgią i uszyty na ciekawą przestrzeń, to tylko po części zasługa reżysera i solistów. Aby całość toczyła się tempem żywym, potrzeba jeszcze wprawnej dyrygenckiej ręki. Tomasz Biernacki z zespołu, w skład którego wchodzą muzycy młodzi, nierzadko jeszcze studenci akademii muzycznej, wydobył ukryte pokłady muzykalności i teatralnej wrażliwości. Obecna cały czas na scenie orkiestra, pilnie śledziła sceniczną akcję i temperaturę emocji dostosowywała do operowych wydarzeń. I nawet niewielkie wpadki intonacyjne czy rytmiczne, w trudnej akustyce ruin teatru nie zwracały większej uwagi. Podobnie ze swojej roli wywiązał się chór o wyjątkowo stopliwym brzmieniu, niełatwym przecież do uzyskania w tych warunkach.

Ze wstydem przyznam, że jadąc do Gliwic nie spodziewałem się zbyt wiele. Ot, kolejna produkcja operowego hitu, zrobiona pod publiczkę, wystawiona w miejscu, które niewątpliwie skusi publiczność. Okazało się wszakże, że aby zobaczyć spektakl na przyzwoitym poziomie, mieszkańcy Śląska nie muszą jechać do Warszawy, Wrocławia czy Berlina. Wystarczy, że wsiądą do tramwaju i odwiedzą ruiny Teatru Miejskiego w Gliwicach.

Daniel Cichy, Polskie Radio On-line

"CARMEN" W RUINACH TEATRU

Na początku musi pojawić się idea, inspirujący pomysł, który może okazać się czynnikiem twórczym, mobilizującym do podjęcia celnej artystycznej decyzji. Może, ale nie musi... Przecież to całkowicie zapomniane wydarzenie, gdy w Teatrze Miejskim w Gliwicach wystawiona została "Carmen", mogło nie tylko nie mieć żadnych następstw, ale nawet nie doczekać się w ogóle uwagi, jak wiele innych kronikarskich faktów z obszarów kultury, co by w tym przypadku nie sądzić - o lokalnym znaczeniu. A jednak stało się i te dwie odległe w czasie daty: rok 1906 i 2006 wiązać będzie teraz w tym miejscu - od premierowego , wieczoru 2 czerwca br. - fascynujący łuk pt. "Carmen". Lecz odtąd niewątpliwie pojawią się następne, nacechowane podobnym rozmachem inicjatywy, skoro ta, odkryta i przywrócona przed 10 laty życiu artystycznemu przestrzeń, ma już swoją legendę wpisaną w intrygujące pojęcie: Teatru w Ruinach.

Do tego stanu został doprowadzony ten usytuowany w centrum miasta gmach w marcu 1945 roku, gdy podczas pijackiej libacji żołnierzy radzieckich, którzy rozpalili tu ognisko, ten ledwo co odremontowany i rozbudowany, z nowym efektownym wystrojem - teatr spłonął. Musiało upłynąć pół wieku, gdy miejsce to postanowiła przywrócić sztuce, właśnie w tym kształcie zastanym - jako Teatr w Ruinach - Ewa Strzelczyk, założycielka Fundacji Odbudowy Teatru Miejskiego w Gliwicach, która zorganizowała tu w roku 1996 cykl imprez zatytułowany "Lato z muzami". I tak rozpoczęła się nowa historia tego odzyskanego artystycznego adresu. Dwa lata później inicjatorka śmiałego przedsięwzięcia zginęła jednak w okolicznościach tragicznych, lecz pamięć jej zasług trwa. Jeśli można mówić o wyczuwalnym genius loci tego miejsca, to tego wieczoru byliśmy uczestnikami nie tylko ważnego doświadczenia artystycznego, ale i przeżycia duchowego, gdy doszło do wyczuwalnej kumulacji wielu wątków i doznań związanych z powrotem po stu latach "Carmen" w te mroczne mury, w dziesięć lat po śmierci Ewy Strzelczyk, której zasługi honoruje pamiątkowa tablica.

Już sama zapowiedź realizacji w Teatrze w Ruinach "Carmen" przez Gliwicki Teatr Muzyczny wywołała niemałe wrażenie. To arcydzieło, zaliczane do najwspanialszych pozycji w całym repertuarze operowym, stawia nie tylko ogromne wymagania wykonawcze, których spełnienie określa za każdym razem skalę artystycznych i technicznych trudności. Trzeba także mieć na uwadze powszechną znajomość, jeśli nawet już nie całego dzieła, to popisowych arii i duetów zaliczanych do podstawowych pozycji najświetniejszych śpiewaków. No i rzecz najważniejsza: ta arcyopera Bizeta, obecna od 130 lat na scenach całego świata jest odbierana wciąż jako dzieło na swój sposób współczesne, przejmujące żywą prawdą emocjonalnych napięć i drapieżnym realizmem nieodwracalnego tragizmu.

Decyzja wystawienia akurat "Carmen" w przestrzeni ruin i wypalonej sceny dawnego teatru miejskiego była w tych okolicznościach niewątpliwie odważna, ale i z wielu względów nader ryzykowna. Ten ambitny teatr, poszerzający co sezon granice swoich artystycznych aspiracji, jak dotąd nie porwał się aż na tak śmiałe zamierzenie, wymagające nadzwyczajnej organizacyjnej i artystycznej mobilizacji. Przecież doprowadzenie tej premiery do skutku wymagało zaangażowania wielu artystów, w tym niemal wszystkich do ról czołowych oraz wzmocnienia własnych zespołów. Na pewno nie zabrzmiałby z równą mocą własny chór gdyby nie wsparcie Zespołów Wokalnych Akademii Muzycznej w Katowicach, a te młode głosy miały znaczny wpływ na precyzję i jakość brzmienia.

Decydujące znaczenie miało jednak pozyskanie do partii tytułowej Małgorzaty Walewskiej - młodej, o świetnej prezencji i międzynarodowej już pozycji mezzosopranistki, która jest dziś niewątpliwie pierwszą polską Carmen, następczynią w tej roli Krystyny Szczepańskiej, Krystyny Szostek-Radkowej i Stefanii Toczyskiej. Równie celnym pomysłem okazało się zaangażowanie młodego włoskiego tenora, znanego z gościnnych występów w Teatrze Narodowym w Warszawie, który dysponuje pięknym głosem i aparycją filmowego amanta - bo czy można było jeszcze lepiej obsadzić partię Don Josego? Lecz skoro udało się pozyskać tak znakomitych odtwórców dwu głównych ról, również ich dublerzy musieli prezentować odpowiedni poziom a także wykonawcy pozostałych czołowych partii. W podwójnych obsadach znaleźli się więc znani śpiewacy z polskich teatrów operowych, w tym Małgorzata Długosz (świetna Micaela), Rafał Songan (znakomity Escamillo) i Bogdan Kurowski (pyszny Zuniga). Także postacie z drugiego planu obsadzone były z widoczną starannością, chociażby Magdalena Wilczyńska-Goś. Słowem, co rola i partia - obsada trafna pod względem wymagań aktorskich i wokalnych.

Lecz nawet najświetniejszy skład solistów i rzetelny poziom zespołów nie gwarantuje jeszcze wykreowania ambitnego przedstawienia, skomponowanego w tej "magicznej", ale i ryzykownej przestrzeni jaką stanowi rozległa, półkolista, obwiedziona dwupoziomową kondygnacją, surowa scena, nosząca ślady pogorzeliska - gdzie po raz pierwszy miała teraz zostać wystawiona opera... i to pozycja tak wymagająca jak "Carmen". Trafną decyzją było powierzenie reżyserii Pawłowi Szkotakowi, aktualnie dyrektorowi Teatru Polskiego w Poznaniu (laureat "Polityki" za rok 2004), wcześniej założycielowi i liderowi Teatru Biuro Podróży, twórcy plenerowych megawidowisk, który zadebiutował właśnie w Gliwicach jako inscenizator spektaklu operowego. Szkotak w żadnym stopniu nie nawiązał do istniejących wzorów, bo też jego "Carmen" nie rozgrywa się w teatrze z normalną sceną. Reżyser akcję opery przeniósł z XIX-wiecznej Sewilli do Hiszpanii lat 30. z dramatycznego okresu wojny domowej. Wykorzystał w ten sposób atmosferę narzuconą przez wnętrze wypalonej sceny, jakby napiętnowanej śladami wojny, akcentując los gliwickiego teatru. Lecz nawet to nawiązanie nie jest sugerowane wprost. Zresztą odstępstwa od treści libretta są w sumie niewielkie choć żołnierze noszą mundury z formacji generała Franco a operowi przemytnicy są tutaj partyzantami, którzy mają przenieść niebezpieczny ładunek przez góry.

Głównym atutem inscenizacyjnym spektaklu jest sama scena i jej obolała surowa przestrzeń. Reżyser wykorzystał naturalne obniżenie poziomu sceny w stosunku do stromo zabudowanej widowni inscenizując akcję symultanicznie, z wykorzystaniem kilku planów. Wciąż dzieje się wiele przy wykorzystaniu również multimedialnych efektów. Wrażenie to potęguje choreografia Jacka Badur-ka, która nie tworzy odrębnych sekwencji, lecz narasta i rozwija się, od pojedynczych inicjacji w żywiołowe, ekstatyczne sceny. Bo najważniejszy jest sam dramat i jego nieodwracalny bieg, gdy wypełni się los Carmen, który zapowiadają karty - a wcześniej scena z teatru marionetek z Don Jose (w czerni) i Carmen (w czerwieni).

Małgorzata Walewska w roli tytułowej porywa, urzeka i wzrusza. To kreacja doskonała, rozpisana w szerokiej skali, od dziewczęcego wręcz liryzmu, po demoniczne wybuchy bezwzględnego odtrącenia oszalałego kochanka. Co scena - to przykuwająca, chociażby popisowa z kastanietami. gdy tańczy boso. Jej godnym partnerem jest Marcello Bedoni, z natury tenor liryczny, o wielkiej muzykalności i świetnej technice, z imponującymi możliwościami w górnym rejestrze i popisowymi fermatami. Co za ekspresja - czysty żar! No a postać... wysoki, wspaniale zbudowany (był komandosem), jest prawdziwym Don Josem nie tylko ze względu na kreację wokalną.

Trzeba mocno podkreślić zasługi kierownika muzycznego Tomasza Biernackiego w przygotowaniu spektaklu tak rzetelnie dopracowanego w odczytaniu partytury. Orkiestrę prowadził skoncentrowany, bez egzaltacji, panując nad przebiegiem spektaklu, choć muzycy ustawieni bokiem do sceny nie ułatwiali koordynacji.

Gliwickie wieczory z "Carmen" były nie tylko artystycznym wydarzeniem, ale ujawniły także nowe możliwości Teatru w Ruinach.

Tadeusz Kijonka, "Śląsk" nr 8/2006

"CARMEN" W RUINACH GLIWICKIEGO TEATRU

Kolejny losowy wypadek sprawił, iż nie mogłem obejrzeć nowej inscenizacji "Carmen", przygotowanej przez Wiesława Ochmana pod koniec maja w Operze Śląskiej. Żałuję tego bardzo - także ze względów sentymentalnych, jako że właśnie Carmen i to również w wykonaniu zespołu Opery Śląskiej odwiedzającego gościnnie stolicę, była pierwszym operowym przedstawieniem "z prawdziwego zdarzenia", jakie dane mi było jako bardzo młodemu człowiekowi oglądać wiele, wiele lat temu. Było zaś ono tak świetne, iż mimo upływu długiego czasu niektóre jego epizody do tej pory mam w żywej pamięci, a zwłaszcza wspaniałe kreacje niezrównanej Franciszki Denis-Słoniewskiej, Franciszka Arno oraz uroczej Barbary Sawickiej w głównych rolach, jak też brzmienie orkiestry pod batutą Jerzego Sillicha.

Nie zobaczyłem tedy ani nie usłyszałem nowej "Carmen" w Bytomiu (dalszych spektakli w tym sezonie już nie było), ale niedługo potem, bo już 2 czerwca, tę samą operę Bizeta wystawił odważnie w niedalekich Gliwicach ambitny Teatr Muzyczny, który już kilka lat temu obok właściwego sobie repertuaru operetkowo-musicalowego porwał się - i to z powodzeniem - na "Cyrulika sewilskiego" Rossiniego.

Wystąpił zaś z ową "Carmen" przemyślnie nie w swojej stałej siedzibie, ale w ruinach dawnego niemieckiego Teatru Miejskiego, spalonego niestety przez Rosjan w końcowej fazie drugiej wojny światowej. Otrzymano w ten sposób naturalną scenerię znakomicie odpowiadającą niektórym zwłaszcza partiom opery Bizeta (podobnie jak przed paru laty w poznańskim Starym Browarze); reżyser Paweł Szkotak zaś zręcznie wykorzystał powstałe w ten sposób możliwości i umiał wytworzyć dla większości dramatycznych scen opery odpowiedni klimat, trzymając widzów aż do końca w należnym napięciu.

Trudno było oczywiście przewidzieć, że na początku czerwca trwać będzie na Śląsku nienormalna w naszych warunkach klimatycznych zimnica; że zaś zrujnowany teatr pozbawiony jest pełnych ścian, przeto zarówno na scenie, jak na widowni temperatura oscylowała około 12 stopni i publiczność marzła setnie wraz z artystami. Nie mniej atmosfera spektaklu była gorąca jak rzadko, a słuchacze reagowali żywo i spontanicznie.

Także i tu zresztą nie zdążyłem na premierę "Carmen" z udziałem Małgorzaty Walewskiej i włoskiego tenora Marcella Bedoni; upewniano mnie jednak, że wtedy reakcje publiczności były jeszcze bardziej żywiołowe. Trafiłem natomiast na przedstawienie z serii sześciu bodaj kolejnych - także przy stuprocentowej frekwencji (wobec czego dyrekcja Teatru Muzycznego już przemyśliwa nad drugim cyklem spektakli opery Bizeta u progu następnego sezonu).

Oglądając je można było zastanawiać się, czy potrzebne było przenoszenie całej akcji w lata hiszpańskiej wojny domowej (traci się w ten sposób między innymi barwne i efektowne w dawniejszych czasach widowisko, jakim była zmiana warty przed wojskową placówką, wraz z całą otoczką tego "wydarzenia"); czy przy swoim pierwszym wejściu toreador Escamillo powinien być pijany jak bela, wnoszony na scenę na wyrwanych skądś drzwiach i praktycznie niezdolny do wzniesienia i słynnego toastu, i czy wreszcie niefortunny zalotnik pięknej Cyganki, porucznik Zuniga, powinien na końcu burzliwej sceny zostać zastrzelony przez jednego z przemytników, czego nie ma w tekście libretta, a co przecież niechybnie musiałoby się skończyć spaleniem gospody Lillas Pastii przez żądnych zemsty żołnierzy i powieszeniem jej właściciela? Poza tym jednak Paweł Szkotak zrobił naprawdę interesujące przedstawienie, wzbogacając tok akcji szeregiem oryginalnych lecz świetnie mieszczących się w jej klimacie pomysłów.

Jeżeli idzie o muzyczną warstwę spektaklu, to - ponieważ widzów umieszczono na scenie, zaś akcja toczy się na dawnej widowni stanowiącej znacznie rozleglejszą przestrzeń i tam właśnie, u wejścia do lewej kulisy, umieszczono orkiestrę, przeto stojący tyłem do wszelkich scenicznych działań dyrygent Tomasz Biernacki musiał dokonywać nie lada cudów, aby wszystko biegło zgodnie i z należytą precyzją. Jeśli mu się to całkiem pomyślnie powiodło, świadczy to o jego niewątpliwym talencie, no i o doskonałej znajomości Bizetowskiej partytury.

Co do obsady głównych solowych partii, to w oglądanym przeze mnie przedstawieniu prym wiodły panie: ceniona solistka Opery Dolnośląskiej Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak stworzyła frapującą postać tytułowej bohaterki, a i pięknie śpiewała - zwłaszcza dwie popisowe arie w I akcie opery. Urodziwa zaś i do tego obdarzona ślicznym sopranem lirycznym Wioletta Białk odniosła autentyczny sukces jako nieszczęśliwa Micaela. Rafał Songan swobodnie choć bez należnego blasku radził sobie z problemami partii Escamilla, zaś Tomasz Janczak jako Don Jose wypadłby całkiem dobrze, gdyby, wiedziony szlachetnym zapałem, nie usiłował dać z siebie więcej, aniżeli na to jego aparat oddechowy pozwalał. Dodając do tego zgrabnie biegnące sceny zbiorowe i bardzo ładnie śpiewające chóry, trzeba stwierdzić, że otrzymaliśmy spektakl przynoszący niewątpliwie chwałę gliwickiej scenie muzycznej.

Józef Kański, "Ruch Muzyczny" nr 14/2006

TEATR Z PŁYTY 

O tym spektaklu słyszałem wiele dobrego. Premiera w ruinach Teatru Miejskiego w Gliwicach w czerwcu 2006 roku spotkała się z bardzo życzliwym przyjęciem (m.in. nagroda Złotej Maski w kategorii Spektakl Roku), a debiut operowy jednego z ciekawszych polskich reżyserów teatralnych - Pawła Szkotaka - odbił się szerokim echem w prasie. Wydawało się nawet, że polski teatr operowy zyska kolejnego atrakcyjnego twórcę (niedługo potem Szkotak, dyrektor poznańskiego Teatru Polskiego, zrealizował w tamtejszym Teatrze Wielkim Stiffelia Verdiego - pusto, bez wdzięku i emocji, nieudanie).

Wróćmy do Carmen. Siła tego spektaklu - na płycie i, jak sądzę, na żywo - tkwi w scenerii. Ekspresyjna przestrzeń ruin gliwickiego Teatru Miejskiego sama w sobie jest nośnikiem emocji i znaczeń - odrapana cegła pełna rysunków i graffiti, w swej surowości i brudzie aż piękna. Paweł Szkotak, twórca istniejącego od dwudziestu lat teatru Biuro Podróży (jednego z najciekawszych zjawisk polskiej sceny alternatywnej, nagradzanego na festiwalach, znanego i cenionego w świecie), wie, co zrobić, by taką przestrzeń uruchomić, pozwolić jej zaistnieć, żyć. Tym bardziej że ma świetną partnerkę - wykonującą tytułową partię Małgorzatę Walewską.

Walewska wydaje się w swoim żywiole. Namiętna, żywiołowa, pełna pasji, jednocześnie od pierwszych dźwięków z jakimś cieniem w oczach, smutkiem, nostalgią, które pogłębiają postać, czyniąc ją prawdziwie ludzką. Tylko jeden element nie pozwala śpiewaczce stworzyć pełnej, całkowicie przekonującej kreacji - kostiumy i peruka. Jakby niedopasowane do ciała, zbyt duże, zbyt ciężkie, nieprzyjazne, nie podkreślające charakteru postaci - przecież Carmen mmi (tak, musi!) być cała erotyczna, gorąca, od stóp do głów, od obcasa po głos.

Bardzo ciekawie otwiera się drugi akt, kiedy aktorzy teatru lalkowego zabawiają gości w knajpie. Jest gwarno, tłumnie, duszno, a na stołach ustawionych w półkole dwaj mężczyźni w takt muzyki i za pomocą dwóch animowanych sznurami lalek antycypują historię Carmen: oto kobieta i mężczyzna, wyraźnie sobą zainteresowani, coraz bliżsi sobie, ale nagle on dźgają nożem, ostro, boleśnie, śmiertelnie. Carmen podchodzi do stołu, bierze na ręce lalkę-kobietę i tuli mocno do siebie...

W postać Don Jose wciela się Włoch Marcello Bedoni, obdarzony ładnym, miękkim tenorem, ale kiepski aktorsko. Don Jose w jego wykonaniu jest nie tylko uzupełnieniem głównej roli, jej cieniem, ale wyraźnie prowadzi swoją własną, równie ważną historię. Wyraźnie młodszy, niewinny, idzie za głosem emocji, burzą uczuć, zostawiając w tyle teraźniejszość (miłość Micaeli). obowiązek (służba żołnierska), honor. Poddaje się emocjom, staje się coraz bardziej porywczy. nieopanowany. Widać to choćby w drugim akcie, kiedy Carmen wścieka się, że Jose chce wrócić na apel do swojego oddziału. On nagle chwytają mocno, brutalnie, chcąc pokazać, kto tu rządzi. Ona patrzy na niego w strachu, ale i w oczekiwaniu tego, co się stanie. Jakby prowokowała los... To bardzo ładny element interpretacji. Mocny. Prawdziwy.

Jeszcze trzeci akt. Już w instrumentalnym wstępie (ciekawe wrażenie robi bliskie ujęcie instrumentów) czujemy narastające napięcie. Szkotak przeniósł akcję na początek dyktatury generała Franco, czas konspiracji i życia w ucisku. Tłum postaci w ciemnych kostiumach, z kagankami w ręku, schodzi z galerii po schodach, przechodzi przez plac-ulicę (widać policyjne płakały z podobiznami Carmen i Josego z napisami " Vivo o muerto. El premio ") i staje z boku. Na galerii pojawia się grupa cyganów, wśród nich główni bohaterowie.

Jest półmrok, przestrzeń skąpana jest w mlecznych światłach i dymie. Słychać karciany tercet (z ładnie brzmiącymi glosami Anity Maszczyk - Frasquity i Magdaleny Wilczyńskiej-Goś - Mercedes), zakończony przejmującym śpiewem Carmen. Walewska w czarnym berecie, ciemnym płaszczu z czerwonym szalem (wreszcie dobrze ubrana) - umiejętnie stopniuje napięcie, jakby przeczuwając tragiczny koniec.

Wchodzi Micaela (Małgorzata Długosz), ciągłe w niebieskim kostiumie (tak opisuje ją libretto już w pierwszym akcie), i w samotności śpiewa swoją pieśń. Dalej Escamillo (Rafał Songan), który przyznaje się Josemu, po co przyszedł i kogo szuka, czym ściąga na siebie niebezpieczeństwo (w walce na noże Escamillo zawija swój płaszcz na rękę niczym płachtę na byka).

I finał (akt czwarty). Dużo tu akcji i ruchu, dziania się, niby chaotycznego, jak żonglerka pomarańczami, podnoszenie wielkiej kuli czy zabawy z ogniem ulicznego artysty, ule podsycającego napięcie. Wiele tu kolorów, dynamiki. Wszystko na miejscu, niezbędne, nieprzesadzone.

Wreszcie scena zabójstwa Carmen. Ona na szczycie schodów, na tle wściekle czerwonej zasłony, w czerwonej sukni i czarnym woalu na głowie. Jose w czarnej skórze, z nagim torsem i czerwonym paskiem. Ona gotowa, czekająca na śmierć, pragnąca jej, on nie umiejący jej zadać, żebrzący o miłość, nudny. Aż dziwne, że Szkotakowi tak bardzo nie udało się wykrzesać nic ze Stiffelia. skoro tu tak ciekawie buduje napięcia (wykorzystując np. w scenie walki byków, z udziałem kuglarza na szczudłach z drucianym rowerem-bykiem, swoje doświadczenie w pracy w teatrze ulicznym).

W gliwickiej Carmen narzekać można jedynie na zbyt jednowymiarowe prowadzenie muzyki przez Tomasza Biernackiego. Za mało tu odcieni, kolorów, dbałości o detale. Oczywiście to, co sprzyja inscenizacji, nie koniecznie pomaga muzyce. Ogromna przestrzeń sprawia, że orkiestra stoi z boku, śpiewacy nie zawsze widzą dyrygenta, a to odbija się na rytmie muzyki i często jest przyczyną nierówności i nieczystego brzmienia. Ale nie narzekajmy już. Spektakl ma interesującą dynamikę, jest nieźle filmowany i zmontowany Carmen znaczy przecież niebezpieczeństwo...

Tomasz Cyz, "Ruch Muzyczny", 26.10.2008

GLIWICKA "CARMEN"

Gliwicki Teatr Muzyczny wydał właśnie na DVD swoją głośną inscenizację "Carmen" Bizeta zrealizowaną w 2006 roku przez Pawła Szkotaka w ruinach Teatru Miejskiego w Gliwicach. Przedstawienie odbiło się szerokim echem i jako wydarzenie roku otrzymało "Złotą Maskę 2006".

Ruiny gliwickiego teatru (surowe ceglane ściany dawnej widowni, betonowe filary, metalowe drzwi z wymalowanym graffiti i druciane kikuty zbrojenia) okazały się wręcz idealną, wymagającą tylko drobnej aranżacji, scenografią. Reżyser zmienił tradycyjny układ sceny i widowni: na dawnej scenie zasiedli widzowie, a przypominająca arenę widownia stała się miejscem akcji. Okazało się to zabiegiem wyjątkowo korzystnym, bo wykorzystanie resztek balkonów pozwoliło poprowadzić akcję jednocześnie na dwóch przenikających się planach. Gliwicka "Carmen" to oryginalna inscenizacja zrealizowana przez debiutującego w operze Pawła Szkotaka, który konsekwentnie i logicznie budował napięcie, zaskakując widza co rusz jakimś nowym pomysłem, znakomicie wpisującym się w całość opowieści o dramacie Cyganki kochającej wolność. Przenosząc akcję w okres wojny domowej w Hiszpanii, uniknął tradycyjnej cepeliady i stworzył prawdziwy teatr, w którym bohaterowie zeszli z operowego koturnu. Na scenie mamy prawdziwe postaci z krwi i kości, z całym ich bagażem negatywnych i pozytywnych emocji. Właśnie umiejętność wykorzystania specyfiki miejsca oraz dynamicznego budowania klimatu gęstniejącej atmosfery i konsekwentnego prowadzenia bohaterów dramatu to najważniejsze atuty tego przedstawienia.

Równie ważnym atutem okazała się znakomicie dobrana obsada. Gwiazdą nagrania jest bez wątpienia Małgorzata Walewska w tytułowej partii. Jej Carmen jest spontaniczna i daje się ponosić namiętności. Od strony aktorskiej Walewska buduje kreację dyskretnym, ale wyrazistym aktorstwem bez przerysowań czy zbędnych gestów. Z prawdziwą satysfakcją słucha się jej głosu o pięknej barwie i ciepłym, zmysłowym brzmieniu, prowadzonego naturalnie i z pełną swobodą. Wszystko to razem pozwala jej na podbudowę kreacji aktorskiej środkami czysto wokalnymi. Partnerujący jej jako Don José Marcello Bedoni dysponuje pięknie brzmiącym głosem o interesującej barwie. Wykreowany przez niego bohater zaskakuje swoistą przemianą, stając się w finale zdeterminowanym mężczyzną za wszelką cenę broniącym swojej miłości. Bedoni w miarę rozwoju akcji poddaje się coraz większym emocjom, stając się coraz mniej opanowany, a coraz bardziej porywczy. Jest w tym wszystkim prawdziwy i przekonywujący. Ostatni duet w ich wykonaniu brzmi niezwykle wiarygodnie. Dobrze prezentuje się Małgorzata Długosz, której MicaĎla urzeka pięknie prowadzonym głosem oraz dziewczęcym urokiem i wdziękiem. Z podziwem można obserwować niemal kaskaderskie popisy Rafała Songana śpiewającego na rozstawionych stołach słynne kuplety torreadora. Warto jeszcze wspomnieć o dobrej kreacji Bogdana Kurowskiego, który z powodzeniem wcielił się w postać Zunigi. Anita Maszczyk w partii Frasquity i Magdalena Wilczyńska-Goś jako MercédŻs z pełnym powodzeniem zaśpiewały swoje partie.

Wysoko należy też ocenić poziom muzyczny wypracowany przez Tomasza Biernackiego, który prowadzi przedstawienie z właściwym temperamentem i dynamiką. Co nie było łatwe, bo reżyser umieścił orkiestrę z boku sceny, a dyrygent, stojąc tyłem lub bokiem do solistów, ma z nimi ograniczony kontakt.

Adam Czopek, "Nasz Dziennik", 4.11.2008

"CARMEN"

Znakomita mezzosopranistka, która w swej światowej karierze zanotowała również występy z niezapomnianym królem tenorów Lucianem Pavarottim, sporo wysiłku włożyła ostatnimi czasy w wypromowanie serii występów w operze Georges'a Bizeta "Carmen" oraz jej nagranie na płycie DVD. Nie pierwszy to już utrwalony na nośnikach wideo spektakl "Carmen" z Walewską w tytułowej roli. 10 lat temu wydano DVD z festiwalu operowego St. Margarethen, gdzie naszej gwieździe partneruje tenor Mario Malagnini jako Don Jose. Obecna inscenizacja tej popularnej opery werystycznej została dokonana dużym nakładem sił w surowych wnętrzach spalonego teatru w Gliwicach, które zmieniają się z miejskiego placu w tawernę, a potem obóz przemytników. Soliści gliwiccy pod kierownictwem muzycznym Tomasza Biernackiego prezentują dobry poziom wokalno-aktorski, chór dziecięcy zaś i grupa sztukmistrzów stanowią niezłe tło dla rozgrywającego się na scenie dramatu zazdrości. Oczy zwrócone są jednak na parę głównych bohaterów. Tenor Marcello Bedoni ma odpowiedni głos, a w finale prezentuje też swój imponujący umięśniony tors. Małgorzata Walewska śpiewa pięknie, choć w stosunku do nagrania z 1998 r. jest już nieco cichsza i to utrudnia stworzenie przekonującej roli uwodzicielskiej Cyganki. Bardzo wyraziźcie natomiast wypadł "ten trzeci", czyli torreador wykreowany przez Rafała Songana.

Bronisław Tumiłowicz, "Przegląd", 7.12.2008

Powrót

STRONA GŁÓWNA | CO NOWEGO? | REPERTUAR | NA AFISZU | BILETY
O TEATRZE | IMPRESARIAT | KINO AMOK | KRAKOWSKI SALON POEZJI | RUINY TEATRU VICTORIA
GLIWICKI MAGAZYN KULTURALNY | KWARTET ŚLĄSKI | DWA TEATRY - SEZON JUBILEUSZOWY | THE BOLSHOI BALLET: LIVE IN HD | XXIII GLIWICKIE SPOTKANIA TEATRALNE
SKLEPIK GTM | NEWSLETTER | DLA MEDIÓW | PRZETARGI | KONTAKT
Gliwicki Teatr Muzyczny, ul. Nowy Świat 55/57, 44-100 Gliwice, tel. +48 32 230 67 18
BIP
Oprogramowanie CMS & hosting - Agencja reklamowa GTK.PL