loading
Szukaj na stronach GTM
Strona główna Powrót

Recenzje - Anna Karenina

MIŁOŚĆ, KTÓRA ZABIJA

Najpierw była droga, po której, z powodu wiecznego remontu, nie da się jechać. Szumnie nazywana autostradą, jednopasmowa szosa, z poustawianymi co parę metrów czerwonymi słupkami, sprawiła, że raz po raz wpadaliśmy w panikę, nie wiedząc, czy uda nam się zdążyć. Ale i tak to było nic w porównaniu z tym, co czekało na nas w Katowicach. Jakieś nieprawdopodobne korki, trąbienie zdenerwowanych kierowców, szaleńczy pośpiech, wszystkie możliwe cywilizacyjne niespodzianki.

I nagle olśnienie, chwila spokoju, wejście w wyczarowany na scenie Teatru Muzycznego w Gliwicach świat tołstojowskiej "Anny Kareniny", świat namiętności, tragicznych miłości, których finałem może być tylko śmierć. A równocześnie było to wejście w świat teatralnej poezji, teatralnej metafory, idącej pod prąd nowych hałaśliwych nurtów. Józef Opalski, wraz z całą gliwicko-krakowską ekipą, stworzył przedstawienie w starym, dobrym stylu, w którym - jak się okazuje - można sprawnie opowiedzieć pewną historię i pozwolić na dodatek widzom samodzielnie wyciągnąć z niej wnioski. Ułatwiła to adaptacja Krzysztofa Korwin Piotrowskiego, która nie tylko opowiada o miłości Anny (Małgorzata Długosz) i Wrońskiego (Piotr Warszawski), ale też Kitty (Wioletta Białk) i Lewina (Michał Musiał).

Skonfrontowanie burzliwego uczucia pierwszej pary ze zrodzonym z rozsądku związkiem drugiej, potęguje wymowę dzieła, ale też prowadzi do gorzkich wniosków, że każda miłość, niezależnie od jej charakteru, kiedyś się skończy. Gdy dodano do tego świetne teksty piosenek krakowskiego poety Michała Chludzińskiego, pozostało tylko pozazdrościć kompozytorowi muzyki Andrzejowi Zaryckiemu tak ciekawego materiału. Skomponowane przez niego różnorodne utwory, w których często pobrzmiewała "piwniczna" nuta, budowały napięcie, wprowadzając raz niepokój, to znowu liryczne rozmarzenie, jak w przepięknym miłosnym duecie Kitty z Lewinem. Józef Opalski razem ze scenografem Ryszardem Melliwą ubrali świat Tołstoja w niezwykle elegancką przestrzeń, w której lśniły stylowe żyrandole, towarzyszące balowym scenom, czy symboliczne brzózki, gdy razem z bohaterami przenosiliśmy się na wieś. Reżyser nadał tym ostatnim scenom niemal czechowowski klimat, w którym w powietrzu wisiała tęsknota i rozczarowanie życiem. Tej pozornej sielskości przeciwstawił rozedrgane emocje Anny, jej nieszczęśliwego męża Aleksego (Jerzy Głybin) i kochanka Wrońskiego.

Wśród salonowych plotek, szelestu sukien i namiętnych tańców, rozgrywał się ich dramat, z tajemniczą postacią Obserwatora w tle - symbolem fatum, narkotycznego majaczenia, zwiastuna nieuchronnej śmierci. A ta nadeszła wraz kłębami dymu i miękkością tiulu, który opadł na scenę. Wraz z nim dotknęliśmy subtelności teatralnego świata, który dał nam odrobinę oddechu. Pozwolił już trochę spokojniej wrócić do remontowanych autostrad, ulicznych korków i teatralnych mód, które prędzej czy później przeminą.

Magda Huzarska - "Gazeta Krakowska" 28.04.2007

DRAMAT ANNY

Adaptacja obszernej wielowątkowej prozy Lwa Tołstoja nie jest zadaniem ani łatwym, ani wdzięcznym. A jednak się udało! Krzysztof Piotrowski wybrał z "Anny Kareniny" to, co najistotniejsze: dramat Anny i jej otoczenia rozegrany na delikatnie zarysowanym tle ówczesnej rosyjskiej arystokracji pokazanej z lekkim dystansem.

Anna z wytwornej damy staje się zakochaną, opanowaną przez namiętność kobietą, dla której przestają istnieć sztywne towarzyskie konwenanse. Jej uczucie do Wrońskiego wybucha nagle i niespodziewanie dla niej samej, burząc cały jej dotychczasowy świat.

Zrealizowana z rozmachem inscenizacja została poprowadzona właśnie tak, by ten dramat jak najbardziej uwiarygodnić i wyeksponować. Reżyser prowadzi akcję od początku do końca bardzo konsekwentnie, czytelnie zmierzając do tragicznego finału. Uznanie budzi sprawność i dynamika przenoszenia akcji, w której wykorzystane zostało światło wydobywające kolejne sceny czy epizody, podczas gdy poprzednie rozmywają się lub giną w mroku. Sprzymierzeńcem reżyserii okazała się interesująca scenografia, zaznaczająca często jednym elementem lub rekwizytem miejsce akcji. To sprawia, że wiele scen: spotkanie na dworcu, bal z interesującym układem walca, wyścigi konne, herbatka u księżnej, sceny na wsi czy wreszcie fantastycznie rozegrany finał i śmierć Anny pozostawiają niezatarte wrażenia. Podbudowują je dobrze wpisane w całość piosenki o typie brechtowskich songów obrazujące wewnętrzne rozterki, marzenia i obawy głównych bohaterów. Szczególnie piękna jest pełna bolesnej skargi modlitwa Anny, urokliwy jest także duet Kitty i Lewina, a pełen temperamentu duet Lewina i Obłońskiego.

Świetna w gliwickiej "Annie Kareninie" jest obsada, w której prym wiedzie znakomita wokalnie i aktorsko Małgorzata Długosz kreśląca sylwetkę swojej bohaterki delikatną kreską. Jednak w miarę narastania dramatu sposób gry jest coraz bardziej wyraźny i ostry. Jej Anna przebywa trudną drogę od wytwornej damy do targanej wyniszczającą namiętnością kobiety walczącej o miłość, której wszystko poświęciła. Równie wiele dobrego można napisać o kreacjach Wioletty Białk, która ujmuje subtelnością w roli Kitty Szczerbackiej oraz Jolanty Kremer jako Dolly Szczerbackiej. Oczywiście wszystkie trzy panie znakomicie zaśpiewały swoje niełatwe piosenki. Jerzy Głybin okazał się znakomitym Kareninem usiłującym za wszelką cenę walczyć o swoją rodzinę i szczęście. Piotr Warszawski zachwyca jako Wroński. Z przyjemnością obserwowałem Michała Musioła jako misiowatego Lewina i Arkadiusza Dołegę w roli lekkoducha Obłońskiego. Premiera zakończyła się wielominutową owacją na stojąco.

Adam Czopek - "Nasz Dziennik", 27.04.2007

NARESZCIE TOŁSTOJ

Lew Tołstoj jest wielkim pisarzem. Lwa Tołstoja nie czyta się i nie wystawia. Po latach wrócił jednak na scenę dzięki "Annie Kareninie", udanie pokazanej przez gliwicki Teatr Muzyczny w musicalowej pigułce.

Aż wstyd, żeśmy tak o Tołstoju zapomnieli. Tymczasem w "Annie Kareninie" kryje się wszystko. Jest w tej wielkiej powieści wołanie o uczucie, postulat życia zgodnie ze swoim sumieniem i kwestia wyzwolenia kobiety spod tyranii obyczajowości tłumiącej jej wolność. Jest wszystko, a mimo to dzieje nieszczęsnej Anny, jej dramatyczna walka o miłość i wolność zakończona samobójstwem, na scenie pojawiły się w spektaklu Lidii Zamków sprzed 31 lat.

"Anna Karenina" powróciła jednak na scenę - tym razem jako musical. Wielką dwutomową powieść Tołstoja zaadaptował Krzysztof Korwin-Piotrowski, Michał Chludziński napisał teksty songów, do których muzykę stworzył Andrzej Zarycia - legenda krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Musical ma swoje prawa. Zakłada określoną konwencję, czasem ocierającą się o "komiksowość", o co nietrudno przecież przy przenoszeniu na scenę tak ogromnego dzieła. "Anna Karenina" ze wszystkimi wątkami trwałaby nie tak jak w Gliwicach ponad trzy godziny, lecz dłużej. Skończyłaby się pewnie nad ranem. Wysiłek podania powieści Tołstoja w pigułce warto było jednak podjąć.

Przedstawienie Józefa Opalskiego nie jest tylko opowieścią o kobiecie, "która sama siebie zgubiła" - jak pisał o swojej bohaterce Tołstoj. To raczej rzecz o ludziach spragnionych uczucia prawdziwego, niepoddanego społecznemu nakazowi. To poszukiwanie skazane jest na porażkę, zbyt silne są społeczne konwenanse. A i Karenin nie umie kochać - zapłaci za to rozpadem rodziny. Nie umie kochać sama Anna - jej zaborczość odstręczy od niej Wrońskiego. On zaś nie umie odwzajemnić uczucia, jest zbyt samolubny. Nawet nad czystym i zdawałoby się najszczęśliwszym związkiem Kitty (świetna Wioletta Bałk, która w drugiej obsadzie gra samą Annę Kareninę) i Konstantego wciąż wisi zagrożenie. Gdy pojawi się młody, atrakcyjny bubek, Kitty gotowa jest niemal zapomnieć o miłości i małżeńskim szczęściu. Jak na musical robi się bardzo poważnie. Ryszard Melliwa przygotował skromną, minimalistyczną niemal dekorację. Salon to kilka stylowych krzeseł. Dworzec kolejowy to filigranowy żeliwny filar i zegar - niemal znak nieuchronności przeznaczenia. Ta skromność raz tylko ustępuje miejsca bogactwu ornamentu. W pięknej scenie ślubu Konstantego i Kitty scenę zamknie pokazany w perspektywicznym skrócie ikonostas (to już trzeci na polskich scenach w ciągu półtora roku, po "Małym biesie" Brzyka w Powszechnym i wspaniałej dekoracji Juka--Kowarskiego w "Miłości na Krymie" w Narodowym - mamy na polskich scenach modę na prawosławie!) Arcydzieło Tołstoja powróciło na nasze sceny w musicalowej pigułce. Ciekawe, czyjego pojawienie się będzie sygnałem powrotu zainteresowania mędrcem z Jasnej Polany?

Tomasz Mościcki - "Dziennik", 04.05.2007

ODCIENIE MIŁOŚCI

(...)

Nie można gliwickiej "Anny Kareniny" oceniać w kategoriach teatru dramatycznego, bo wyraźnie zaznaczono w programie, że to dramat muzyczny. Muzyka przypomina o związkach kompozytora Andrzeja Zaryckiego z krakowską "Piwnicą pod Baranami". Obok mocnych songów, o ogromnym pokładzie dramatyzmu, mamy i coś w rodzaju popowych przebojów.

I tu przejdźmy już do wykonawców, bo gliwicki spektakl ma szczęście do kilku świetnych ról. Na uwagę zasługuje przede wszystkim Jerzy Głybin, jako Aleksy Karenin. Jest zagubiony w swoim chłodzie, przez co wzruszający i prawdziwy. Brawa także dla Piotra Warszawskiego w roli Aleksego Wrońskiego. Magnetycznie przyciągający, z pogłębiającym się rozdarciem wewnętrznym; obsadzenie go w tej roli było świetnym wyborem realizatorów.

Muzyczni i dramatyczni

Wiele sympatii wzbudził we mnie Michał Musioł, jako prostoduszny Lewin, a również Arkadiusz Dołęga, jako niezbyt wierny żonie Obłoński. Małgorzata Długosz w roli Anny Kareniny początkowo sprawiała wrażenie osoby nie bardzo wierzącej w swoje możliwości, jednak wraz z narastaniem dramatyzmu, otwierała się na swoją bohaterkę, co w efekcie dało bardzo piękną rolę. Wioletta Białk, jako Kitty Szczerbacka, wręcz dorosła na oczach widzów, od płochego dziewczęcia, do mądrej kobiety. I wreszcie Jolanta Kremer jako Dolly Obłońska, która była wiarygodnym wulkanem uczuć, pod maską opanowanej arystokratki.

Nie można jednak o aktorach napisać tylko tyle. W końcu najważniejszą rzeczą jest to, że na scenie stanęli obok siebie aktorzy dramatyczni i aktorzy muzyczni, z wykształconymi głosami. Ich zadania sceniczne nie różniły się. Tymczasem jedni i drudzy bardzo dobrze im sprostali. Dramatyczni (Jerzy Głybin i Piotr Warszawski) w songach postawili na interpretację i słuchało się ich z przyjemnością. Muzyczni, pod kierunkiem reżysera Józefa Opalskiego, otworzyli się. Wielu pozbyło się manier rodem ze sceny operetkowej, tam pasujących, a w teatrze dramatycznym nie do przyjęcia. Oglądanie ich w "Annie Kareninie" sprawiło mi dużą radość.

Walc z kankanem

Podobały mi się również minimalistyczne dekoracje Ryszarda Melliwy. Kostiumy Zofii de Ines były za to pyszne i bogate. Z układów choreograficznych Jacka Badurka najbardziej podobał mi się bal na koniec I aktu, kiedy to Dolly nie może dotrzeć do tańczących Kareniny i Wrońskiego, a sam walc jest skrzyżowaniem wyuzdanego kankana z ulicznym tangiem. Czyli kwintesencją ówczesnej rosyjskiej arystokracji, ukrytej za parawanem salonów.

Regina Gowarzewska-Griessgraber - "Dziennik Zachodni", 02.05.200

Powrót

STRONA GŁÓWNA | CO NOWEGO? | REPERTUAR | NA AFISZU | BILETY
O TEATRZE | IMPRESARIAT | KINO AMOK | KRAKOWSKI SALON POEZJI | RUINY TEATRU VICTORIA
GLIWICKI MAGAZYN KULTURALNY | KWARTET ŚLĄSKI | DWA TEATRY - SEZON JUBILEUSZOWY | THE METROPOLITAN OPERA: LIVE IN HD | THE BOLSHOI BALLET: LIVE IN HD
XVIII DZIECIĘCE SPOTKANIA TEATRALNE | SKLEPIK GTM | NEWSLETTER
DLA MEDIÓW | PRZETARGI | KONTAKT
Gliwicki Teatr Muzyczny, ul. Nowy Świat 55/57, 44-100 Gliwice, tel. +48 32 230 67 18
BIP
Oprogramowanie CMS & hosting - Agencja reklamowa GTK.PL