loading
Szukaj na stronach GTM
Strona główna Powrót

Recenzje - Footloose - wrzuć luz!

CZADOWY LUZIK

Musical Footloose to najlepsza produkcja ostatnich lat gliwickiego teatru!

Przepraszam. Za co? Za brak wiary w sukces. Siadając w piątkowy wieczór w teatralnym fotelu, zastanawiałam się, czy to, co za chwilę zobaczę, to kolejny udziwniony pomysł albo nie daj Boże zadośćuczynienie dla wielbicieli operetki. Bałam się, że szefostwo teatru nigdy nie wyzbędzie się bojaźni przed nowym i do końca swych (teatralnych) dni palić będzie Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Pomyliłam się okrutnie. Gliwicki musical "Footloose" żyje, a w zasadzie tętni życiem, dymi, kipi, wylewa energię. Dynamika i ruch przeplatane chwilami wytchnienia, czyli duetami w znakomitym wykonaniu. Reżyserowi Maciejowi Korwinowi (niech nam żyje!) i choreografowi Jarosławowi Stańskowi (po stokroć brawo) udała się sztuka nie lada: pokazali, że można zrobić dobry musical, po pierwsze, nie mając zbyt wiele czasu, po drugie, z amatorali (oj, nieźli ci amatorzy), po trzecie, przemycić klasykę, po czwarte, udowodnić, że śpiewak operetkowy mimo przyzwyczajeń scenicznych da radę zaśpiewać estradowo. 

"Footloose" to opowieść o młodych ludziach, zatańczona i zaśpiewana przez młodych ludzi. Po raz pierwszy teatr skorzystał z castingu i był to dobry pomysł. Teraz to już wiadomo. Do pracy wynajęto gdyńskich speców od musical (vide Korwin i Staniek), któzy wycisnęli z gliwickiego zespołu spektakl naprawdę na europejskim poziomie. Aktorzy operetkowi pokazali, że można, nie bez wysiłku oczywiście, zaśpiewać nowocześnie.

Na co warto zwrócić uwagę oglądając musical? Po pierwsze, po drugie i po trzecie - choreografia - Jarek Staniek ma niesamowite wręcz wyczucie: był rytm, tancerze pokazali świetnie kawałki - począwszy od pierwszej sceny na finale skończywszy, wykorzystano ludzi baletu i tancerzy breakdance - Łukasza Skowrona, Mariusza Adamczyka, Magdalenę Gawarę, Łukasza Manowskiego, Dominika Osesa - którzy wzbudzili wielkie zainteresowanie publiczności. Para głównych bohaterów, czyli Ariel Moore - Katarzyna Weredyńska - niepokorna córka pastora i Ren McCormack - Marek Kaliszuk - zakochany w tańcu i niezależności, czuły marzyciel. Kaliszuk świetnie się rusza, ma też vis comica, trzymał doskonale spektakl, od pierwszych scen pełno go wszędzie. Weredyńska dobra głosowo, nie kryjąca zmysłowości (momentami przesadnej), doskonała w solowym "Chcę bohatera" i duecie z Kaliszukiem "To jest prawie raj". Brawurowo zatańczona i zaśpiewana przez trzy dziewczyny Rusty (Alicja Ilcewicz), Wendy Jo (Magda Gramowska) i Urleen (Agnieszka Wajs) scena ze śledzeniem, czyli "Czyjeś oczy". Warto posłuchać wzruszającego i jakże prawdziwego (to nie zjadliwy feminizm przemawia przeze mnie!) duetu żony pastora Vi Moore (Jolanta Kremer) i mamy Rena Ethel (Katarzyna Wysłucha). I jeszcze "Mama wie", czyli niezbyt rozgarnięty Willard (Stanisław Witomski) zachwyca się radami swojej mamy. Wyrazy uznania dla zespołu instumentalnego Gliwickiego Teatru Muzycznego, który pozwolę sobie nazwać zwyczajnie jazzbandem, czyli Adama Mazonia (instrumenty klawiszowe), Tomasza Biernackiego (instrumenty klawiszowe), Sławomira Siwczyka (gitara), Sylwestra Sośniaka (gitara), Jarosława Woszczyny (saksofony), Jana Hadrysia (gitara basowa), Andrzeja Schneidera (instrumenty perkusyjne) i Arkadiusza Skolika (perkusja).

Najmniej udana była... publiczność. Zalatywało sztywniactwem, sceny wprawdzie oklaskiwano, ale tak jakoś bez werwy. No, może pod koniec, w finale (były trzy bisy i owacje na stojąco) zareagowano żywiej, jednak generalnie z atmosfery na widowni trója z dwoma minusami.

Małgorzata Lichecka, "Nowiny Gliwickie" , 21.11.2002

TERAZ MŁODOŚĆ

Musical "Footloose" Deana Pitchforda i Toma Snowa wdarł się na Stary Kontynent za sprawą Gliwickiego Teatru Muzycznego. Z typowo amerykańską, hałaśliwą przebojowością udowadnia to, co wcześniej odkrył nasz wyrafinowany szyderca Gombrowicz - w starciu młodości ze starym wygrywa ta pierwsza.

"Wyluzuj się" - to hasło, które już od pewnego czasu jest modne. Dlatego "Footloose", czyli "Wczuć luz!", to imperatyw, który na pewno i u nas znajdzie podatny grunt, przede wszystkim wśród młodej widowni. "Footloose" opowiada o buncie młodych wobec obowiązującego w pewnym amerykańskim miasteczku zakazu tańca, wprowadzonego po tragicznej śmierci czwórki młodych wracających z dyskoteki. Ten zweryfikowany już na Broadwayu musical zaabsorbował dwa wielki amerykańskie mity: mit wolności i mit wiecznego buntownika. Jednak w odróżnieniu od kultowego "Hair" tę wolność mocno strywializował, utożsamiając ją jedynie z prawem do ekspresji wyrażanej w tańcu. Dla Rena Mc Cormacka (w tej roli Marek Kaliszuk) "żyć", znaczy "tańczyć" i to wyłącznie do muzyki pop. Credo bardzo ubogie, ale za ze światem starych "zgredów" Ren jest gotów stoczyć walkę na śmierć i życie. Tę walkę podejmuje i oczywiście zwycięża. W scenie finałowej taniec porywa nawet głównego przeciwnika Rena, pastora Shawa Moore'a (Arkadiusz Dołęga). Porywa i widownię.

Trudno nie ulec rozmachowi widowiska stworzonego przez reżysera Macieja Korwina, a przede wszystkim przez choreografa Jarosława Stańka. Sceny zbiorowego tańca, do udziału w których zaangażowano też mistrzów breakdance i gimnastyki akrobatycznej, robią wrażenie. To wielki, obok dobrego przygotowania wokalnego wykonawców i różnorodnej palety barw ich głosów, atut tego przedstawienia. Największym jest jednak żywiołowość i energia młodych, często debiutujących dopiero na scenie, wykonawców. Gwarantuje ona gliwickiej inscenizacji opowieści Pitchforda sceniczny autentyzm.

Jednak ta naprawdę młodzieńcza żywiołowość sprawdza się wyłącznie w scenach taneczno-wokalnych. Tam, gdzie trzeba wykazać się talentem aktorskim, zawodzi. Przeszkadza też zagłuszanie przez muzykę słów piosenek. Irytuje czasami zbyt jazgotliwa aranżacja. A może przesadzam. Może i ja powinnam "wrzucić luz" i zatańczyć, wpaść w trans, w którym już nic nie jest ważne prócz szaleństwa, bez którego - jak głoszą bohaterowie "Footloose" - życie nie ma sensu.

Danuta Lubina-Cipińska, "Rzeczpospolita" 18.11.2002

WRZUCILI LUZ!

Nasi Czytelnicy, którzy wybrali się za naszym pośrednictwem na premierowe przedstawienie na gliwickiej scenie, podkreślali: zapierająca dech w piersiach choreografia, dynamiczna oprawa muzyczna i świeżość, jaką wprowadzili na scenę młodzi, wybrani w castingu aktorzy to wielkie zaskoczenie i przyjemność dla widzów.

To właśnie tu widownia - jako pierwsza w Europie - miała okazję zobaczyć inscenizację broadwayowskiego hitu "Footloose". "Wrzuć luz" to opowieść o młodzieży z amerykańskiego miasteczka, która wbrew zakazom chce tańczyć i walczy o bal maturalny. Maciej Korwin - reżyser gliwickiej inscenizacji - w mistrzowskim stylu pokazał musical, jakiego jeszcze nie widzieliśmy. Na scenę Gliwickiego Teatru Muzyczengo zaprosił między innymi tancerzy breakdance, a także nastolatki, które wcześniej pozytywnie przeszły przez casting.

Do głównej roli Rena McCormacka wybrano jednak sprawdzonego młodego artystę Marka Kaliszuka z Gdyni, który próbował już swych sił w musicalach: "Hair" i "Jesus Christ Superstar". Partnerowała mu, uznana już aktorka Gliwickiego Teatru Muzycznego, Katarzyna Weredyńska w roli Ariel. W roli surowego pastora Moore'a wystąpił Arkadiusz Dołęga. Dwoili się i troili zarówno soliści gliwickiego teatru, balet oraz chór. Nie zabrakło wprawdzie niedociągnięć i pewnego niedosytu, ale publiczność zgotowała artystom owacje na stojąco.

Mikołaj Suchan, "Dziennik Zachodni" 18.11.2002

WIELCE TAŃCA O DROBIAZG

Kiedy w czasie konferencji prasowej promującej "Footloose" - najnowszy musical Gliwickiego Teatru Muzycznego - obejrzałam jego fragment, przemknęło mi przez myśl, że można juz mówić o zjawisku "metro-" czy "hairopodobnym" w miniaturze, o przedstawieniu z ambicjami trafienia do współczesnej młodzieży dzięki opowieści o ich równieśnikach - bez podlizywania się ich nauczycielom i bez bicia od razu w największy dzwon. Przedstawieniu, które brałoby stronę bohaterów, z którymi jego widzowie mogliby się utożsamić.

Dziś, cztery miesiące po premierze, łatwo mi ten sąd potwierdzić. "Footloose" zdążył już stać się musicalem kultowym. Na żadnym przedstawieniu owacje nie kończą się wcześniej niż po trzecim bisie. Pisze się o nim w blogach, opowiada się na przerwach i z zapałem dyskutuje na internetowej stronie teatru. Co wytrwalsi fani ustawiają się w kolejki po autografy wykonawców głównych ról, a nawet zakładają im nieoficjalne strony internetowe.

Nie mam wątpliwości, że o sukcesie zadecydowała właśnie wspomniana przeze mnie miniaturyzacja. I nie chodzi tu wyłącznie o wymiary gliwickiej sceny. Ten spektakl opowiada historię walki o drobiazg - bal maturalny w prowincjonalnej mieścicie - publiczności, której życie wypełnia walka o podobne błahostki. Tu nie idzie już tylko o późniejszy o godzinę powrót z dyskoteki. Dla dzisiejszego licealisty gra toczy się o rewidowanie plecaka, monitoring na korytarzu, ba, pojawiły się już nawet pomysły prewencyjnego badania moczu na zawartość narkotyków czy godziny policyjnej dla nieletnich. Czy tym podobne ograniczenia są mniej absurdalne od zakazu tańca do dziś obowiązującego w Elmore City w Oklahomie?

Dean Pitchford, przygotowując materiał do filmu "Footloose", poznał też argumenty drugiej strony konfliktu - rodziców, którzy zabronili dzieciom urządzić bal maturalny nie z kaprysu, lecz z troski o nie. A od przeciwstawienia tych racji już tylko krok do fabuły niczym z familijnego kina, gdzie z jednej strony są dobrzy, z drugiej... też dobrzy, a sytuację czyni nieznośną kilka rodzinnych nieszczęść i odwieczny konflikt pokoleń.

Aby z kina familijnego powstał hit, ten konflikt postaw trzeba przełożyć na konflikt charakterów. Na scenę wkraczają zatem dwie silnie umotywowane postaci: Ren McCormack (Marek Kaliszuk), przybysz z Chicago, dla którego nazwa Bomont (filmowe i teatralne Elmore City) brzmi równie ponuro jak Alcatraz na długo zanim poznał rządzące tym miastem prawo i twórca tego prawa - pastor Shaw Moore (Arkadiusz Dołęga) - twardo sprawujący rząd dusz nad okolicą.

W "Footloose" nie tylko intryga opiera się na starciu między tymi osobowościami. Ich zadaniem jest wnosić na scenę przeciwne żywioły nawzajem sie regulujące, a bywa, że i parodiujące ("Niech Pan usłyszy twój głos" - woła z kaznodziejską manierą Ren buntujący bomoncką młodzież).

W tekście Marka Kaluszuka "Roznosi mnie" nie ma żadnego przekłamania. Rzeczywiście ten aktor wydaje się znajdować w kilku miejscach jednocześnie, jego energia wręcz rozsadza scenę. Notabene, właśnie ta piosenka jest przykładem, w jaki sposób należy swoje rzemiosło kontrolować. To trudny solowy popis - Ren, biegając i tańcząc po całej scenie, stara się z równie wielkim zaangażowaniem śpiewać. Jeszcze na premierze efektem tej "polityki" były liczne nieczystości. Jednak już od trzeciego przedstawienia widać było ogromne postępy, pojawiła się świadomość, w którym momencie akcent nalezy położyć na ciało, a kiedy na głos.

Nieco inaczej ma się sprawa z Arkadiuszem Dołęgą. Zdecydowanie nie można tu mówić o postępie. Od premierowego wykonania jego gra zmienia się niestety tylko na gorsze. Dochodzi nawet do kardynalnych pomyłek w tekście, a scena dla jego postaci przełomowa - przepracowanie żałoby po synu i zmiana zdania na temat jego adwersarza - staje sie po prostu nudna. Na szczęście, sytuację w pewnym stopniu ratuje partnerka Dołegi - Jolanta Kremer, kapitalna jako Vi Moore - zahukana przez domowego tyrana chodząca dobroć. Jej popisowa piosenka "Uczę się milczenia" to majstersztyk nie tylko wokalny, ale przede wszystkim aktorski. W całym spektaklu nie ma piosenki mniej przebojowej i... bardziej wzruszającej niż ten rozpisany na dwa głosy zapis depresji przyjaciółek spychanych przez los na drugi plan. Smutny dwugłos Ethel McCormack usiłującej otrząsnąć się po rozwodzie i pastorowej ignorowanej przez męża doprawdy chwyta za gardło. Niemała w tym zasługa Katarzyny Wysłuchy grającej rolę Ethel, matki Rena, osoby znerwicowanej i pozornie podatnej na koszmarną atmosferę dusznego miasta, a w rzeczywistości kobiety inteligentnej, dowcipnej i odrobinę nieprzewidywalnej.

Ta dojrzała wytrwałość postaci drugoplanowych znajduje przeciwwagę w komizmie całej galerii portretów przewijających się przez korytarze liceum w Bomont. Szczególnie jasno świeci brawurowy tandem wyłonionych w castingu debiutantek Agnieszki Wajs (Wendy Jo) i Magdaleny Gramowskiej (Urleen). Na ich tle niska Alicja Ilcewicz (Rusty) rzeczywiście wygląda tylko na odrobinę poważniejszą koleżankę z klasy. To wdzięk tego tria jest podstawą najlepszego numeru w spektaklu - "Widzą cię czyjeś oczy", rozpoczynającego się niczym dziewczęca zabawa w show, by stopniowo zagarnąć i połączyć ze sobą konwencje teatru i teledysku.

Zresztą łączenie konwencji stało się zasadą tego spektaklu. Twórca choreografii, Jarosław Staniek, wyznał, że nie ma trudniejszego zadania niż stworzyć spektakl taneczny o tańcu. Komuś, kto w ten sposób wywiązał się z zadania najtrudniejszego, można tylko gratulować. Jego strategią był melanż gatunków - od klasycznego baletu, przez country i modern dance, aż po breakdance w imponującym wykonaniu akrobatycznej grupy "Rean", przy czym każdy z wymienionych stylów ma swoje uzasadnienie i ostatecznie znajduje swoje miejsce w wybuchowym finale.

Czy można zrobić świetny teatr tańca z rzeczy tak banalnej i tak kaleczącej taniecj jak szkolna impreza? Okazuje się, że zaloty pana od angielskiego do pani od geografii, zachwyt nad pierwszymi w życiu szpilkami i chichot z pastora, co to by chętnie poszalał, ale nie wypada, to idealny materiał na serię tanecznych etiud. Zresztą, zgodnie z przewidywaniem twórców, im bardziej spektakl się "dociera", tym więcej w finale improwizacji. Zwłaszcza przy bisach pojawiają się urocze spontaniczne elementy - chociażby żart Jurija Stesewa, który dwukrotnie, zgodnie z rolą, robi z siebie błazna, usiłując szarmanckim gestem rozpocząć walca w samym środku hiphopowego klimatu, by wreszcie za trzecim razem "odgryźć się" ulicznym akrobatom, szybko pokazując, że i dla niego szpagat nie stanowi problemu; czy skopiowany z rockowych koncertów niespokojny lot "kręconej marynary" jednego z głównych bohaterów.

Pola Sobaś, "Opcje" 2003 nr 3

Powrót

STRONA GŁÓWNA | CO NOWEGO? | REPERTUAR | NA AFISZU | BILETY
O TEATRZE | IMPRESARIAT | KINO AMOK | KRAKOWSKI SALON POEZJI | RUINY TEATRU VICTORIA
GLIWICKI MAGAZYN KULTURALNY | KWARTET ŚLĄSKI | DWA TEATRY - SEZON JUBILEUSZOWY | THE BOLSHOI BALLET: LIVE IN HD | XXIII GLIWICKIE SPOTKANIA TEATRALNE
SKLEPIK GTM | NEWSLETTER | DLA MEDIÓW | PRZETARGI | KONTAKT
Gliwicki Teatr Muzyczny, ul. Nowy Świat 55/57, 44-100 Gliwice, tel. +48 32 230 67 18
BIP
Oprogramowanie CMS & hosting - Agencja reklamowa GTK.PL