loading
Szukaj na stronach GTM
Strona główna Powrót

Recenzje - Hello, Dolly!

WZBUDZAM ŻĄDZE ZA PIENIĄDZE

Dajcie się skusić! Zobaczycie świetną inscenizację "Hello, Dolly!" w gliwickim teatrze. 

Któż z nas nie miewa perwersyjnych skłonności do dobrze skrojonych fars? Od czasu, gdy musical "Hello, Dolly!" Jerry'ego Hermana wystawiono po raz pierwszy, minęło prawie 40 lat. Gusta publiczności pozmieniały się, ale "najbardziej irytująca kobieta świata" nadal gwarantuje sukces, przynajmniej kasowy. Tak zapewne będzie i w Gliwicach. "Hello, Dolly!" to malowniczo bezpretensjonalne widowisko sprawnie wyreżyserowane przez Marię Sartową - niegdyś śpiewaczkę, dziś reżyserkę. Ma paryski wdzięk - może dzięki temu, że Sartowa przyjechała z Francji. Jest sporo obowiązkowego seksu, wrażenie robią też dekoracje Jerzego Boducha i wysmakowane kostiumy Barbary Ptak.

Gwiazda warszawskiej Romy, Grażyna Brodzińska, tytułowa Dolly, zaklina się w wywiadach, że wystąpiła w roli swego życia, realizując się nie tylko jako śpiewaczka. Szczerze mówiąc, to pierwsze jednak lepiej jej wychodzi. Partneruje jej Jacek Chmielnik. Tym razem jest odwrotnie: popularny aktor znacznie lepiej gra, niż śpiewa, co i tak jest bez znaczenia, bo po swojej ostatniej najgłośniejszej roli - prowadzącego teleturniej "Kochamy polskie seriale" - wzbudza pożądanie wielu pań.

Widać, że twórcy widowiska nie tylko w przypadku obsady poszli na marketingową całość. Pieprzne gagi sąsiadują z aluzjami do aktualnych wydarzeń (bohaterowie są w pewnej chwili oskarżani o... mataczenie). Na jednym z plakatów reklamujących biuro matrymonialne Dolly widnieje hasło: "Wzbudzam żądze za pieniądze". Świetnie pasuje także do samego gliwickiego przedsięwzięcia.

Małgorzata Kluczewska, "Przekrój", 2003, nr 41

JAK NA BROADWAY

Kolejni realizatorzy "Hello, Dolly!" wciąż muszą mierzyć się z legendą tego musicalu. Dzięki broadwayowskim przedstawieniom i filmowej wersji z Barbrą Streisand w roli głównej, poprzeczka wciąż umieszczona jest bardzo wysoko.

Tytułowa bohaterka musicalu, Dolly Gallagher Levi, jest znaną nowojorską swatką, kobietą dojrzałą, przebojową, dla której nie ma sytuacji bez wyjścia. Ta kreacja wymaga nie tylko świetnego warsztatu wokalnego, ale również umiejętności aktorskich i tanecznych. W gliwickim spektaklu rolę Dolly powierzono słynnej śpiewaczce Grażynie Brodzińskiej. Artystka nie zawiodła oczekiwań. Jej głos wydaje się stworzony nie tylko do dzieł operetkowych, ale również musicalowych. Brodzińska stworzyła postać spójną, komediową, choć niepozbawioną liryzmu.

Zdecydowanie nieliryczny jest z kolei Jacek Chmielnik, spektaklowy Horacy, bezwzględny kapitalista, dusigrosz, cynik. Aktor postawił przede wszystkim na komizm. Przy tym bardzo uwspółcześnił swoją rolę, wprowadzając gesty i miny, które np. pracownikowi wielkiego koncernu mogą przypominać... własnego szefa. Może dlatego niemal każde pojawienie się Horacego na scenie wywoływało śmiech publiczności.

Spośród artystów Gliwickiego Teatru Muzycznego najbardziej może się podobać kreacja Wioletty Białk - bardzo dobra wokalnie i pełna aktorskiego umiaru. Udane są także role Michała Musioła, Tomasza Białka i Katarzyny Grucy.

Dynamiczna choreografia, z wieloma scenami zbiorowymi, rzeczywiście tworzy atmosferę Nowego Jorku z przełomu XIX i XX wieku. Jednak nie wszystkie pomysły wydają się trafione. Wprowadzenie elementów breakdance'u pasuje jak kwiatek do kożucha.

Realizatorzy gliwickiego musicalu "Hello, Dolly!" nawiązali do pełnych rozmachu amerykańskich przedstawień z obowiązkowymi schodami, piórami i flagami narodowymi. Umiejętnie przemycili też wiele współczesnych odniesień. Gdy grupa głównych bohaterów trafia do sądu, sędzia wśród zarzutów wymienia też mataczenie. Trudno nie skojarzyć tego z pierwszymi stronami gazet. Osobnym "bohaterem" spektaklu są stroje, zaprojektowane przez Barbarę Ptak. Kostiumolog zdecydowała się na wprowadzenie elementów secesji. Widzimy więc na scenie wielobarwny i przebogaty wybór strojów inspirowany przełomem wieków.

Musical zaprezentowany w GTM z czasem stanie się być może jedną z ważniejszych pozycji repertuarowych. Może się bowiem spodobać zarówno miłośnikom gatunku, jak i tym, którzy w teatrze szukają po prostu dobrej zabawy.

Marcin Mońka, "Gazeta Wyborcza" 23. 09. 2003

NASZA DOLLY

Schody są, a to najważniejsze. Wielkie, rewiowe, pozwalające na efektowne wejścia i zejścia. Musical "Hello, Dolly!" taki właśnie musi być: błyskotliwy, efektowny i w wielkim stylu. Co gorsze, widzowie pamiętać będą zawsze niedościgniony wzór filmowy z niezapomnianą Barbrą Streisand. Tym razem zmierzył się z nim Gliwicki Teatr Muzyczny. Wybrałam się na drugą premierę, bo postanowiłam sprawdzić, jak radzą sobie ze spektaklami nie zaproszone gwiazdy, a nasi, śląscy artyści. W Dolly-swatkę wcieliła się Jolanta Kremer. Sprostała ciężarowi roli, tworząc ze swojej bohaterki postać uroczą, stanowczą, wdzięczną i dobrze śpiewającą. Andrzej Lipski w roli Horacego oszczędnymi środkami pokazał, że można bawić publiczność nie rzucając się po całej scenie w momencie, gdy wystarczy jedna, trafna mina. Podobali mi się też Anita Maszczyk (Irena Molloy) i Arkadiusz Dołęga (Kornel Hackl). Dobrych było też wiele scen baletowych, pełnych temperamentu i ekspresji. Niestety od czasów sukcesu brakdance w musicalu "Footloose" piruety na czubku głowy wciskane są teraz wszędzie i choć efektowne, tu nie pasują. Za to suknie są cudowne. Autorka ich projektów, Barbara Ptak, wie, jak ubrać kobiety, by wyglądały zjawiskowo.

Czego zabrakło? Jakiejś iskry łączącej, bo choć poszczególne sceny były dobre, soliści świetnie śpiewali i grali, to brakował tego dreszczyku, który powoduje, że nie można przestać myśleć o zobaczonym spektaklu. I jeszcze koniecznie chór należy wysłać na obowiązkową naukę dykcji. Premierę jednak ogólnie trzeba zaliczyć do udanych. Jedno jest pewne. Dolly powróciła po latach na gliwicką scenę w dobrym stylu.

Regina Gowarzewska-Griessgraber, "Trybuna Śląska" 24. 09. 2003

LOUIS BY SIĘ NIE POWSTYDZIŁ

Jaki Louis, zapytają Państwo? Armstrong, oczywiście. To jego słynny standard jazzowy "Hello, Dolly!" brzmiał mi w uszach podczas niedzielnej premiery. Pięknie wykonała go też orkiestra Gliwickiego Teatru Muzycznego - z sezonu na sezon jest coraz lepsza. Siedząc w niedzielny wieczór w teatralnych fotelach z przyjemnością słuchałam musicalowej muzyki - autorstwa nie byle jakiego amerykańskiego kompozytora Jerry'ego Hermana. Z przyjemnością podziwiałam wystawne, niezwykle eleganckie i twarzowe kostiumy Barbary Ptak - szczególne brawa za kapelusze, ze dwa chciałabym móc założyć i choć poprzeglądać się w lustrze. Scenografia zmyślna i łatwa w obsłudze kryła niedostatek miejsca na scenie. "Hello, Dolly!" w oryginalnej wersji jest typową broadwayowską produkcją: z rozmachem, szerokimi schodami, mnóstwem aktorów, stażystów etc. Ułomnością, rzutującą nieraz na wybór i realizację spektakli operetkowych i musicalowych, jest właśnie owa szczupłość sceny. Nie, żeby od razu czynić z tego defektu technicznego zarzut, ale wiele inscenizacji na tym traci. Myślę, że nie ominęło to także "Hello, Dolly!". Niemniej jednak realizatorzy poradzili sobie najlepiej jak umieli: zbawienne okazały się ruchome elementy łatwo przemieszczające się i składające.

"Hello, Dolly!" jest, najkrócej rzecz ujmując, opowieścią o tym, jak złapać męża. Łapie go nie tylko tytułowa bohaterka - choć potencjalny małżonek opiera się niemal do ostatniej chwili - łapią go modystki i córka głównego bohatera. Łapanka to udana, bo wszystkie rybki w sieci. Gliwicką "Dolly" wzbogacono o elementy, których próżno szukać w amerykańskiej wersji, jak chociażby popisy breakdance. Musical jest dynamiczny, nie nudzi widza, ma zabawne aktorskie perełki, jak chociażby scena przy restauracyjnym stoliku w "Harmonia Garden".

Moimi faworytami są Wioletta Białk odtwarzająca rolę Ireny Molloy i Michał Musioł, czyli Kornel Hackl. Droga Wioletto-Ireno - byłaś urocza, masz świetny głos i scena cię kocha. Drogi Michale-Kornelu - już wcześniej udowodniłeś swoje talenty, a przede wszystkim wyborną vis comica. Tę parę ogląda się naprawdę z przyjemnością. Wreszcie główni bohaterowie: Grażyna Brodzińska jako Dolly Gallagher i Jacek Chmielnik jako Horacy Vandergelder. Brodzińska apetyczna i wciąż na topie, trochę może zbyt mało zadziorna jak na agresywną swatkę, ale oglądało się ją z przyjemnością, szczególnie że rola nie należała do łatwych - oprócz umiejętności wokalnych potrzebne były aktorskie. Brodzińska wywiązała się z zadania bardzo dobrze. Chmielnik - Horacy - był - jak nakazywał scenariusz - ponuro komiczny, choć może trochę w cieniu, jakby znużony czy przygaszony. Nie wiem, czy to efekt zamierzony czy raczej wynikający z ciężkiej pracy. Co do partii wokalnych: drobny wspomagacz w postaci ukrytych w uszach mikroportów bardzo pomaga, ale też nie działa mobilizująco. Ale czegóż nie robi się dla komfortu. Reasumując: "Hello, Dolly!" jest bardzo przyjemnym musicalem, jeśli ktoś ma wolny wieczór i chce go urozmaicić dawną epoką, powinien się nań wybrać.

Na koniec smaczek historyczny: polska premiera "Hello, Dolly! miała miejsca trzydzieści jeden lat temu, wtedy na scenie w roli Dolly wystąpiła Maria Artykiewicz, zaś Horacego zagrał nieżyjący już Stanisław Ptak. Rodzajem hołdu dla tego ostatniego było użycie jako rekwizytu trąby - ona towarzyszyła Ptakowi podczas tamtej premiery.

Małgorzata Lichecka, "Nowiny Gliwickie" 25. 09. 2003

Powrót

STRONA GŁÓWNA | CO NOWEGO? | REPERTUAR | NA AFISZU | BILETY
O TEATRZE | IMPRESARIAT | KINO AMOK | KRAKOWSKI SALON POEZJI | RUINY TEATRU VICTORIA
GLIWICKI MAGAZYN KULTURALNY | KWARTET ŚLĄSKI | DWA TEATRY - SEZON JUBILEUSZOWY | THE BOLSHOI BALLET: LIVE IN HD | XXIII GLIWICKIE SPOTKANIA TEATRALNE
SKLEPIK GTM | NEWSLETTER | DLA MEDIÓW | PRZETARGI | KONTAKT
Gliwicki Teatr Muzyczny, ul. Nowy Świat 55/57, 44-100 Gliwice, tel. +48 32 230 67 18
BIP
Oprogramowanie CMS & hosting - Agencja reklamowa GTK.PL