KTO WIEDEŃSKĄ MA KREW...
Operetka jest królestwem kiczu, lecz w jej przypadku nie jest to wcale obraźliwe stwierdzenie. Ów kicz jest słodki, wdzięczny, czarujący i wielce sympatyczny. Trzeba jednak zadbać o oprawę i dobrych śpiewaków - aktorów, by operetka nie stała się szczytem bezsensu. W Gliwickim Tetarze Muzycznym postanowiono "odświeżyć" "Wiedeńską krew" J. Straussa. Jeszcze do niedawna bowiem na afiszu była jej bardzo stara wersja.
Główny bohater Hrabia Zedlau, po przeprowadzce do Wiednia, staje się "lwem salonowym" i podrywaczem. Wcześniej był nudnym prowincjuszem i dlatego uciekła od niego młoda żona Gabriela. Postanowiła jednak odwiedzić swego męża w Wiedniu. Nie wie, że ten mieszka z uroczą tancerką, a ostatnio zainteresował się uroczą szwaczką. To zaledwie początek całego szeregu nieporozumień i zabawnych sytuacji.
Zespół w Gliwicach jest młody, dynamiczny. Ozdobiono go wielką gwiazdą, czyli Grażyną Brodzińską (Hrabina Zedlau) i już znalazła się całkiem zgrabna obsada. Anita Maszczyk (Franzi) i Wioletta Białk (Pepi) nie ustępowały pola gwieździe, pokazując nie tylko piękne głosy, ale i temperament sceniczny, zmieszany w dobrych proporcjach z wdziękiem i urodą. Dorobiły się też Gliwice prawdziwego operetkowego amanta. Michał Musioł (Hrabia Zedlau) swoje dobre umiejętności wokalne podpiera nienaganną prezencją.
Arkadiusz Dołęga (Józef) jest niezastąpiony w rolach charakterystycznych, komediowych, świetnie radząc sobie również z nimi wokalnie. Ciekawie od strony aktorskiej zaprezentował się również Jerzy Gościński (Minister).
Dyrygent Maciej Niesiołowski z gliwickiej orkiestry cudów nie wydobył, ale i tak brzmiała jak przyzwoita wiedeńska orkiestra salonowa. Za to mocnym atutem przem przedstawienia są kostiumy, a szczególnie suknie bohaterek. Nie tylko piękne, ale widać też, że uszyte z wysokogatunkowych materiałów. Tak zjawiskowej sukni, jak ta, w którą ubrana jest Grażyna Brodzińska w II akcie, dawno nie oglądaliśmy w śląskich teatrach. Słabiej wypadają dekoracje. Ich elementy mają symbolizować instrumenty muzyczne. Nieznośnie słodkie kolory, w których je utrzymano, są po prostu przesadą. Najlepiej więc wygląda chyba scena w ostatnim akcie, podczas zabawy w Hietzingu, gdy zabudowują ją trzy zielone altanki.
Reżyser zrobił w Gliwicach "Wiedeńską krew" jak najbardziej tradycyjnie, może nawet w zbyt archaicznym stylu. Dużo jednak życia wnoszą układy choreograficzne. Publiczność premierowa bawiła się bardzo dobrze, bo jak tu nie kołysać się przy walcach Straussa, a w Gliwicach, obojętnie jak teatr będzie się nazywać, to ludzie i tak kochają operetkę. Tym bardziej, że nową "Wiedeńską krew" ogląda się i słucha całkiem przyjemnie. Gliwiczanie zresztą już zdążyli pokazać 1 grudnia swoją "Wiedeńską krew" w warszawskiej Sali Kongresowej, gdzie została dobrze przyjęta.

